Wiem, co napiszesz

Od jakiegoś czasu, szczególnie przy okazji sporów światopoglądowych, powraca hasło, że jesteśmy/nie jesteśmy/grozi nam/stajemy się państwem wyznaniowym. Bardzo łatwo rzucać w przeciwnika takim czy innym chwytliwym hasłem o dość płynnym znaczeniu – w zależności od bieżących interesów. Ponieważ określenie „państwo wyznaniowe” jest mimo wszystko terminem technicznym, polecam spojrzeć do słownika, leksykonu, encyklopedii, ewentualnie zapytać znajomego politologa czy prawnika. Wymagajmy od siebie minimum kultury semantycznej i, jak mawiał mój matematyk: Nie używajmy słów, które nie znaczą tego, co mają znaczyć. W tym temacie tyle.

Natomiast ów osobliwym problem polityczno-językowy zwrócił moją uwagę na inne, o wiele bardziej niepokojące zjawisko. Otóż z pewnością żyjemy w społeczeństwie wyznaniowym. Nie wiem, od kiedy; nie wiem, w jakich okolicznościach żeśmy się nim stali ani jak bardzo zaawansowany to stan i co więcej nam grozi.

Co rozumiem pod pojęciem „społeczeństwa wyznaniowego”? – Społeczeństwo (na dobrą sprawę w stanie rozpadu), którym rządzą silne i niekwestionowane linie podziału, regulujące praktyczne rozstrzygnięcia w niepokojąco rozległej przestrzeni życia. Inaczej: mentalność plemienna albo partyjna.

Jest czymś całkowicie normalnym w zdrowym społeczeństwie, że składające się nań jednostki mają określone poglądy: ekonomiczne, polityczne, moralne, religijne – by wymienić najbardziej oczywiste dziedziny. Jest czymś równie normalnym to, że w ich posiadaniu nie są sami. Utożsamiają się zatem w danej dziedzinie z tym czy innym, węższym lub szerszym gronem ludzi. Czym zatem wyróżnia się społeczeństwo partyjne? Dziś odpowiedziałbym (jest to rozstrzygnięcie robocze): zakresem i ostrością regulacji, które wynikają z utożsamienia się z daną pozycją (na danej płaszczyźnie i w danej grupie społecznej).

Najpierw zatem zakres. To oczywiste, że nie da się poszatkować życia i poglądów na w pełni niezależne od siebie sfery. Religia, moralność, polityka, ale też filozofia życiowa, zmysł estetyczny, preferencje smakowe warunkują się na wzajem. Jednak równocześnie zachowują sporą dozę dowolności. Z reguły również, choć dla jednego ważniejsze będą racje religijne, dla drugiego polityczne, a dla trzeciego być może ekonomiczne, poza sytuacjami otwartego konfliktu między nimi, będziemy raczej skłonni traktować je jako równorzędne zasady regulujące właściwe sobie sfery życia. Żadnej z nich nie damy absolutnego, eliminującego pozostałe, pierwszeństwa. Zatem również różne grupy społeczne, z którymi się utożsamiam, będą miały zmienny wpływ na moje decyzje, w zależności od ich przedmiotu. To daje już pewną elastyczność.

Wynika stąd drugi punkt. Ponieważ dostrzegam, że poza przypadkami sprzeczności, zbiory moich sprzymierzeńców na różnych płaszczyznach nie pokrywają się, jest dla mnie czymś oczywistym, że istnieje pewna zdrowa różnorodność światopoglądów. Jest sfera buforowa, która daje właściwą dowolność. Nasze grupy nie mają ostrych granic, ale przenikają się na różnych płaszczyznach, co nie znaczy, że w typowych formach są ze sobą zgodne.

W społeczeństwie partyjnym granice pomiędzy różnymi sferami zacierają się, a jednocześnie granice pomiędzy różnymi grupami społecznymi stają się nieprzekraczalne. Jeśli w minionej epoce była jedna jedyna słuszna partia, dziś grozi nam mnogość jedynych słusznych partii. De facto, z punktu widzenia społecznego, nie jest to wcale szczęśliwsza opcja. Ten obraz (żebyśmy się dobrze zrozumieli) wykracza daleko poza dzisiejsze i jutrzejsze kwestie polityczne. Filozof zrozumie mnie, jeśli napiszę, że chodzi tu o przejście od monizmu do monadyzmu. Pozostałym musi wystarczyć metafora polityczna.

Już od dawna mówi się, że wbrew nazwie nasze media wcale nie są społecznościowe, ale tożsamościowe. Nie służą ani przekazowi informacji, ani budowaniu więzi społecznych, ale z góry zdefiniowanej tożsamości. Wobec niej prawda zostaje całkowicie względna. Informacja z góry oceniona jest przez pryzmat polityczny (interesu grupowego). Nie liczy się jej prawda/fałsz, ale zgoda z przyjętą linią. W konsekwencji nie interesuje mnie, co mi przyniesiesz ze świata, ale jak bardzo umocnisz mnie na właściwej pozycji. Zasadniczo wystarczy mi, kogo reprezentujesz. Nie jest ważne, CO mówisz, ale W CZYIM imieniu. Dopóki nie przypiszę Ci określonej partii (znowuż: niekoniecznie politycznej), poruszam się jak dziecko we mgle. Nie potrafię bowiem już cię słuchać tak po prostu. Skąd ty jesteś? Potem nie musisz nic dodawać od siebie – z góry wiem, co napiszesz.

Daleki jestem przy tym wszystkim od jakichś posępnych wizji ukrytych sił i spisków, które w ten sposób nami manipulują. To my tworzymy takie społeczeństwo, w jakim jesteśmy. Jeśli od początku założę, że jestem tylko marionetką i sam nie mam żadnego wyboru, dalsze rozważania o zmianie tego stanu tracą jakikolwiek sens. Wierzę i będę do końca tego w sobie bronił, że jestem wolny, mam wybór – choćby był trudny.

Przekraczanie granic nie jest łatwe ani komfortowe. Mogę się z tym znaleźć bardzo samotny. Wierzę jednak, że nie jestem sam. Interesuje mnie prawda, niezależnie dla kogo pomyślna. Chcę czynić dobro, niezależnie od tego, kto mi przyklaśnie, a kto potępi. Pragnę żyć w świecie sprawiedliwym niezależnie od tego, kto tym razem skorzysta, a kto w tym rozdaniu straci.

Gorące nagłówki z pierwszych stron gazet jutro będą już nieaktualne. Za rok nie będziemy już pamiętać, o co żeśmy się ze sobą sprzeczali. Politycy, którzy dziś i jutro przewodzą tłumem władzy/opozycji, pojutrze też przejdą do historii. Ale my będzie dalej obok siebie żyli. Czy ze sobą…?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s