Dzika Carmen

Są takie książki, którymi wszyscy z przyjemnością się zaczytujemy, ale którymi nie wypada się dzielić w towarzystwie. Gdyby stworzyć podobną klasyfikację wśród oper, na pewno w tym gronie znalazłby się hit wszech czasów – Carmen Bizeta. Opera świetnie napisana, pełna kolorytu wyśnionej przez kompozytora Andaluzji (na wzór Orientu na przełomie XVIII i XIX wieku), z elektryzującą fabułą i ariami, które nuci cały świat. I zapewne z tego powodu nie należy się nią chwalić, a zamiast tego rozwodzić nad gęstą atmosferą Elektry Straussa czy ewentualnie geniuszem odkrytej po latach, zapomnianej opery Porpory czy Hassego. Nie zmieni tego nawet fakt, że pod koniec życia sam Nietzsche porzucił Wagnera, a nad niebo wychwalał operę Bizeta, dostrzegając w żywiołowej cygance wcielenie niepokornej woli życia.

Inscenizację hiszpańskiego reżysera, Calixto Bieito określano w 1999 roku jako skandaliczną. Wybierając się do Opéra Bastille, spodziewałem się różnych rzeczy. Ostatecznie okazało się, że na tle innych scen operowych, bulwersujące niecałe 20 lat temu sceny przemocy i erotyki wcale już nie szokują. Co więcej, inscenizacja wyróżnia się świeżym i wiernym wczytaniem się w oryginalny zamysł autora.

carmen1
© Vincent Pontet /OnP

Kiedy piszę o wierności, nie mam na myśli odtwarzania XIX-wiecznego kostiumu i scenografii. W istocie reżyser przeniósł akcję w lata 70. do ogarniętej chaosem Hiszpanii doby transformacji. Scenografia została sprowadzona do minimum. To wysypana piaskiem, bezkresna arena, którą w kolejnych aktach dopełniają: budka telefoniczna, maszt z hiszpańską flagą, samochody i emblematyczny byk Osborne’a. Nie znajdziemy więc znanego z tradycyjnych wystawień kolorytu Andaluzji.

carmen2
© Vincent Pontet /OnP

Zamiast tego jesteśmy oprowadzani po koszarach i dzikiej ziemi niczyjej, gdzie spotykają się różnej maści kryminaliści. Robi się niepokojąco. Ale w końcu bohaterowie Bizeta nie są szlachetnymi, romantycznymi rozbójnikami, ale pozbawionymi skrupułów bandytami. Don Jose zstępuje za Carmen w ten ciemny świat i razem z nim się pogrąża.

carmen3
© Vincent Pontet /OnP

W tym sezonie Bastille przygotowała swego rodzaju święto na cześć Carmen. Premiera miała miejsce w marcu, a opera grana jest do tej pory, czego zwieńczeniem będzie koncertowa wersja 16 lipca z gwiazdorska obsadą. Obsada czerwcowa nie ustępuje jej jednak ani o krok. Gruzinka, Anita Rachvelishvili koncentruje w sobie wszystko, czego oczekujemy od odtwórczyni cyganki – bogata tekstura głosu, niuanse, a przede wszystkim żywiołowość i seksapil, którymi wypełnia minimalistyczną, pustą scenę. Można by usunąć resztki scenografii, a ona i tak gwarantuje klimat Hiszpanii Bizeta. Towarzyszący jej Amerykanin, Bryan Hymel to sprawdzony Don Jose. Obok niego błyszczy i zaskakuje jego rodaczka, Marina Costa-Jackson w roli Micaëli. Dwa lata temu zwyciężyła w konkursie debiutantów Metropolitan Opera – nie bez powodu! Polecam śledzić jej karierę. Ildar Abdrazakov w roli Escamilla nieco rozczarował. To wciąż bardzo dobre wykonanie, dla którego warto by przyjechać z Polski, ale słyszałem go już w lepszej formie.

carmen5.jpg
© Vincent Pontet /OnP

Paryska Carmen to na pewno spektakl godny polecenia – jako przykład tego, w jaki sposób unowocześniać, pogłębiając lekturę klasyki. Nie obok libretta, ale wgłąb. Daje zarówno przyjemność estetyczną, jak i intelektualną. Nie zmienia to jednak faktu, że moją ulubioną inscenizacją wciąż jednak pozostanie ta z Metropolitan Opera, której mała próbka poniżej. Ups, ale zdaje się, że nie powinienem się tym chwalić…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s