Dobrze, że Cię tu nie ma

Ta rozmowa miała miejsce rok temu, mniej więcej o tej porze. Parę dni przed referendum w sprawie Brexitu rozmawiałem przy stole z jednym z braci – wielkim społecznikiem, zaangażowanym od lat w różne formy dialogu. W pewnym momencie nie wytrzymał i powiedział: Mam nadzieję, że się wyniosą z Unii. Same z nimi problemy. Bez przerwy wszystko kwestionują, robią dziurę w całym. Bez nich będzie nam prościej. Niech szybko stąd odchodzą – sami sobie lepiej poradzimy.

Nie zamierzam w żaden sposób odnosić się do politycznej oceny tych słów. Uderzyła mnie natomiast ich logika: Dobrze, żeby cię tu nie było. W jej myśl ten, który się różni, który zadaje niewygodne pytania, który kwestionuje, jest zagrożeniem nie tylko dla mojego świętego spokoju, ale dla osiągnięcia powodzenia w danej sprawie – na krótszą i na dłuższą metą. Tak jakby gromadka poklepujących się po plecach kumpli była poznawczo i praktycznie samowystarczalna. Jakby istniał jeden jedyny punkt widzenia, z którego dostrzegę świat w całej jego złożoności, a przynajmniej w takim stopniu, bym był w stanie rozwiązać wszelkie możliwe problemy. Jakbym w końcu był dla siebie ostatecznym źródłem wiedzy, z którego wyprowadzam odpowiedzi na dowolne pytania drogą mniej lub bardziej skomplikowanej dedukcji.

Jest w tej logice również fałszywe przekonanie o rozłącznej i wyłącznej alternatywie między rządami mniejszości lub większości. Tak jakby wybór między dyktaturą większości lub mniejszości nie tylko był koniecznością, ale i ideałem. Jakby pierwszorzędnym sposobem szukania odpowiedzi było głosowanie – względnie ślepe zasłuchanie w tę czy inną odpowiednio legitymizowaną grupkę. Jakby jakikolwiek stosunek procentowany (albo mniej lub bardziej merytoryczne wyróżnienie) dawało monopol na rację.

W końcu u podłoża tego wszystkie zdaje się mieścić kolejne równie fałszywe przekonanie, że rozwiązywanie problemów polega na oraniu i zamiataniu. (Wybaczcie, ale po chwili zastanowienia śmieszy mnie źródłosłów tych metafor. Z pełnym szacunkiem dla rolników i konserwatorów powierzchni płaskich – jakie metafory, taka polityka. Was to nie śmieszy – choćby przez łzy?) Przekonanie, że celem debaty nie jest cierpliwe znajdowanie najlepszego dobra (i doń drogi), nawet nie przeforsowanie swojej pozycji, ale wyeliminowanie przeciwnika. (Ponoć dla pewnego rodzaju ludzi żadna wygrana nie daje tyle radości, co porażka konkurenta.) Że tak naprawdę w debacie, w rozmowie do niczego nie dochodzimy. Rodzimy się (ew. zostajemy w pewnym momencie oświeceni) z absolutną wiedzą i nikt nie jest w stanie w żaden konstruktywny sposób do niej nic dodać. W końcu, że początkiem (a nie końcem) poznania są kategoryczne oświadczenia. Że się do nich nie dochodzi, ale odeń wychodzi. W efekcie konsensus traci jakiekolwiek znaczenie. Kompromis zaś nie jest niczym innym jak zdradą.

Wróciłem do moich rozmyślań wcale nie za sprawą takiego czy innego polityka, ale dzisiejszej uroczystości świętych Piotra i Pawła, prostego rybaka oraz świetnie wykształconego nauczyciela i wizjonera. Jeden miał mandat władzy, drugi – geniusz. Nie zamierzam bawić się w dopisywanie nienapisanych kart Pisma Świętego i odtwarzanie domniemanych konfliktów i zazdrości. Pomijając rozważania w stylu panny Marple o prawidłach natury ludzkiej, wystarczy zajrzeć chociażby do Listu do Galatów, by o jednym z takich sporów się dowiedzieć. Jak się skończył? Tak konkretnie to nie wiemy. Czy był jedyny? Też nie wiemy. Wiemy jednak, że nie mamy dwóch kościołów: Piotra i Pawła, ale jeden. I nawet w liturgii wspominamy ich pod wspólną datą.

Ten przykład niesie mi nadzieję, ale i zobowiązanie: że dojrzałe i odpowiedzialne budowanie wspólnoty, choć niełatwe, jest czymś możliwym, a zatem mam w tej sprawie sporo do zrobienia. Walka na wykluczające się skrajności i uznanie w bezkompromisowości cnoty dawno już wylała się z politycznych gabinetów i zagościła pod strzechy. Daliśmy sobie wmówić, że jako stróże prawdy i jedynych słusznych wartości niczego nie mamy do dodania i możemy już ich tylko bronić – na śmierć i życie – odpowiednio do ich absolutności.

Nie, nie mam żadnego programu naprawy polityki: lokalnej i światowej. Zdaję sobie sprawę, że droga od „zmień się sam” do transformacji społeczeństwa daleka (może nawet liczona pokoleniami) i wiecznie zagrożona małostkowością i grzechem. Chcę bronić jednak czegoś zdecydowanie bardziej podstawowego – nas samych. Byśmy nie pozwalali sobie na morderczą ulgę skreślania niewygodnych ludzi. Owszem, bez Ciebie byłoby dziś łatwiej. Ale tylko z Tobą jutro będzie odrobinę lepiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s