Żeby się radość nie zmęczyła

Są takie wpisy, które powstają ponad rok. I nie chodzi tu tylko o proces zbierania w całość myśli, ale nawet samą redakcję. Niniejsze refleksje zacząłem spisywać w zeszłoroczną Niedzielę Zmartwychwstania. Kończę dzisiaj. I, uprzedzając konkluzję, jest to jak najbardziej happy end.


Kolejne Triduum paschalne za mną. Za każdym razem przeżywam je, jakby to był pierwszy raz w życiu. Wzruszam się, zamyślam, cieszę – jak dziecko. Choć oczywiście każdy ma inną wrażliwość, inne emocje, inne środki wyrazu, nie wyobrażam sobie, żeby można było inaczej. I drżę na myśl, że mogłoby mi kiedyś zabraknąć tej dziecięcej radości.

Podobnie jak wielu chrześcijan, moje dojrzewanie w wierze, świadomość wiary jako wyboru rodziła się właśnie gdzieś między obmywaniem nóg w Wielki Czwartek a płomiennym Alleluja Wigilii Paschalnej. To zresztą naturalne – przecież cała ta wyrywająca się z ram kościelnej codzienności liturgia ciąży w stronę chrztu. Jeśli gdzieś mam się uczyć odkrywać dar bezwiednie otrzymany, tu właśnie pod łaskawymi skrzydłami Triduum. Dlatego od niego odliczam kolejne lata i każdy kolejny rok jest nań czekaniem.


Pierwsze Triduum w Paryżu było dla mnie koszmarem. Nie chodzi o to, że inne pieśni, w obcym języku, pewne modyfikacje w mszale (polskie wydanie też jest pewną adaptacją do rodzimych tradycji). Chodziło raczej o ogólnego ducha, który, owszem, przejawiał się w detalach. A więc brak dbałości o ciszę – „zaśpiewanie” każdego jej wolnego skrawka. Część wynalazków autorstwa tego czy innego brata dorzucona. Inne elementy usunięte. Niepewność i chaos. A przede wszystkim brak radości. Jakby liturgia była nudnym i nieprzyjemnym przerywnikiem spraw ważniejszych.

Ciekawe, że ciężar trzech dni skupiał się na Wielkim Czwartku i była to paradoksalnie najdłuższa celebracja. Kontynuację liturgii stanowiła kolacja z wiernymi, w czasie której czytaliśmy Mowę Pożegnalną Jezusa z Ewangelii wg św. Jana, następnie czuwanie w kaplicy i w końcu poruszająca modlitwa litanijna w Ciemnicy. Za to Piątek w podskokach, a Wigilia Paschalna już rzutem na taśmę, z okrojonymi czytaniami, tak że nie trwała nawet dwóch godzin.

Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że sednem całości była tak naprawdę owa czwartkowa kolacja – bardziej ze znajomymi poszczególnych braci niż wiernymi, która zdążyła zatracić już zamierzony quasi-liturgiczny charakter, a była po prostu wielkim (choć niekoniecznie smacznym) żarciem, w zgiełku, hałasie, przepychankach. Gdyby nie późniejsze czuwanie w kaplicy, uciekłbym w podskokach. Jak nic przypomniały mi się problemy z agapami w Kościele korynckim, o których wspominał św. Paweł.

Całość, myślę, że dobrze podsumowały wypowiedzi dwóch braci. Pierwszy zapytał, czy na liturgii będzie to samo, co w zeszłym roku, czy coś nowego. Bo tamto już widział, więc nie przyjdzie. Inny z kolei narzekał, że kto to widział, żeby tyle siedzieć w kościele, słuchając przydługich czytań, a jak się wcześnie nie położy, to nie odprawi w niedzielę rano mszy, która lepiej od południowej wpisuje się w jego realizowany z precyzją od co najmniej 60 lat plan pracy naukowej.


W żadnej mierze nie chciałbym, aby te słowa posłużyły za kolejny argument przeciw „temu całemu zepsutemu Kościołowi Zachodu”. Po pierwsze, jest to pewien wycinek, który można by zrównoważyć analogiczną wyliczanką pozytywnych przykładów. Po drugie, naszemu polskiemu świętowaniu też nie jedno można by wytknąć, od ciszy sobotniego zgiełku święconki (która z palemką dzieli centrum Wielkanocy), hipotetycznego sobotniego mroku o 18-tej (jakby było tej nocy coś ważniejszego do roboty) czy wreszcie jakąś nieufność wobec starożytnej liturgii, która każe ją równoważyć setką takich czy innych nabożeństw i sezonowych namiastek symboli. (Na boku zostawiam kwestię Grobów Pańskich, które wciąż częściej coś manifestują, niż skupiają na Chrystusie w monstrancji.)


Po takich przeżyciach obiecałem sobie, że dla własnego zdrowia psychicznego i duchowego (by skupić się na tym, co najważniejsze, a nie gryzących co 5 minut detalach), będę szukał miejsc „przyjaznych” świętowaniu Paschy. Może to oznaka niedojrzałości i małostkowości (Bóg przychodzi też pomimo…), ale trudno.

W ten sposób trafiłem w tym roku do naszych mniszek w Langeac w krainie Górnej Loary (Masyw Centralny). I były to jedne z najpiękniejszych świąt, jakie przyszło mi przeżyć. W drodze pomyślałem sobie, że jadę do dominikanek, bo potrzeba kobiecej perspektywy, by zrozumieć te święta. Nauczyć się trwać do końca, opłakiwać, namaścić, tęsknić i rozpoznać Miłość, czym się z nimi podzieliłem. Dziś po obiedzie nie omieszkały odpytać mnie, co wyszło z moich planów. Nie miałem najmniejszych problemów z odpowiedzią.

IMG_1390.jpg

Wielki Czwartek był świętowaniem gościnności. Kto u mniszek mieszkał, wie, z jaką pieczołowitością potrafią zadbać o takie potrzeby, z których człowiek wcześniej nie zdawał sobie sprawy. I było to obecne w liturgii. Pieśń na wejście miała formę dialogu Jezusa zapraszającego na wieczerzę i chóru mniszek goszczących Go – z trzema postojami odpowiadającymi procesjom dwóch kolejnych dni.

Piątek był dla mnie wyjątkowy, ponieważ spełniło się moje marzenie i po raz pierwszy przewodniczyłem jego liturgii i głosiłem kazanie. I zasadniczo nic uzgadniać nie musieliśmy – zgadzaliśmy się w każdym punkcie, przede wszystkim w tym, żeby oddać szczególne miejsce ciszy. W ciszy, dłużej niż zazwyczaj, modliliśmy się (w moim przypadku – krzyżem) na początku liturgii. Cisza i spokój przetykała kolejne czytania, o ciszy było kazanie i to ona towarzyszyła adoracji krzyża i komunii. Dodam jeszcze, że siostry przepięknie (i głośno!) śpiewają (ciemne jutrznie!), ale zgodnie ze starym zwyczajem od Wielkiego Piątku do Wigilii Paschalnej śpiewały półgłosem.

IMG_1395

Wigilia Paschalna wreszcie i poranna msza niedzielna to najpierw cierpliwe czuwanie, a potem eksplozja radości. Radości niewymuszonej, nieugrzecznionej, ale również niesprowadzającej się jedynie do emocji. Było coś znaczącego w tym, że pierwsze Alleluja zbiegło się z wybicie północy.


Podsumowania ani morału nie będzie. Za to życzenia, byście się pozwolili Zmartwychwstałemu wypychać z miejsc zastanych i skostniałych (tego święta nie da się przeżyć na siedząco – zwróćcie uwagę na ewangelie). I by szczere ich przeżycie kończyło się radością, znakiem nadziei, o którą tak woła udręczony i zmęczony sobą świat.

Jedna uwaga do wpisu “Żeby się radość nie zmęczyła

  1. Z kolei Triduum u mniszek u podnóża Alp…
    Śpiewy te same, w oryginale – André Gouzes.
    W Wielki Czwartek to, o czym nie śmiałam marzyć – obmyto mi stopy.
    Może reaguję jak dziecko, ze wzruszeniem do łez.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s