Trzecie: ŹDŹBŁO

Była choreografem i nauczycielką baletu. Po latach ćwiczeń z dziećmi stwierdziła, że to jej nie wystarcza. Nie mieści się w wyłożonej parkietem sali do ćwiczeń. Sztucznie poszerzona lustrami przestrzeń to dla niej za mało. Rzuciła karierę, zostawiła szkołę i wyszła na ulicę.

Przez kolejne kilkanaście lat tańczyła w Paryżu. Na mostach, deptakach, zatłoczonych chodnikach. Nie, nie zbierała pieniędzy. Nie miała też stałego miejsca. Raczej przemierzała miasto, oglądając je, wsłuchując się w nie, odpowiadając na to wszystko improwizowaną choreografią. Jakby ona i ono prowadzili dialog. Miasto: rytmem kamienic, świstem mknących samochodów, falowaniem liści w alejach. Ona: wyciągnięciem ręki, piruetem, skokiem.

Na początku podobno było łatwiej. Ludzie jacyś bardziej życzliwi. Nikt nie zatrzymywał, zabraniał, gonił z mandatem. Kiedyś obronili ją śmieciarze – wdzięczni, że swoją uwagę oddaje szacunek ich prozaicznej pracy. Później bywało gorzej. Wszyscy nagle stali się poważni, oficjalni, nerwowi. Zupełnie jakby taniec stanowił zagrożenie terrorystyczne i dlatego należało go zabronić. Gdy ją wyrzucano, przenosiła się do innej dzielnicy. I tańczyła dalej.

Kiedyś ta sama tęsknota, która wyrwała ją ze szkolnej sali, zapędziła ją do jednego z opactw na prowincji. Weszła do kościoła, w którym zakapturzeni mnisi w milczeniu przygotowywali się do liturgii godzin. Porwało ją. Dotknęło. A przecież odpowiedzieć mogła tylko w jeden sposób. Tylko jeden język znała. Zaczęła tańczyć na środku pustej świątyni, śledzona ukradkiem wzrokiem co bardziej ciekawego zakonnika.

Po liturgii zapytała, czy może zostać na kilka dni wyciszenia. Nie za dobrze wiedziała, czy i w co wierzy. Nie potrafiła zachować się w kościele. Mnich popatrzył na nią z wyćwiczonym spokojem i zgodził się bez zastrzeżeń.

Nie było jakiegoś spektakularnego nawrócenia. Po tych paru dniach wyjeżdżała nieobojętna, ale również bez konkretu. Od paru lat już nie tylko tańczy, ale trzyma się blisko kościoła. Szczególnie pokochała liturgię wspólnot jerozolimskich u paryskiego św. Gerwazego. I wciąż więcej ma pytań niż deklaracji „wierzę”. Jak oporna uczennica, którą łatwiej zakneblować tróją na szynach niż dać szansę zrozumieć.

Kiedy usłyszałem jej historię, poruszyła mnie troska i zaufanie tego mnicha z nieznanego mi z nazwy opactwa. Przyjął tę, którą przysłał mu Bóg. Zgodził się na bezowocność swojej wielkoduszności, bo do Kogo innego należy decyzja, kiedy pojawią się owoce. Tak łatwo byłoby ją spisać na straty. W tym czasie można by tylu nawrócić, tyloma zapełnić puste ławki. Nie wiem, czy ta pokusa silniejsza jest w kościołach pełnych, czy opustoszałych, ale wszędzie grozi.

Kiedyż wreszcie, w szaleńczym geście zaufania do Pana winnicy, wyrzucimy kościelne statystyki: ile powołań, ile wiernych, ile ze ślubem i bez ślubu? I pozwolimy marnować się za darmo, niezależnie od efektów? By w duszpasterskiej chciwości, nie zatracić ni źdźbła.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s