Pierwsze: CISZA

Wszystkie, co ważne w życiu zakonnym, zaczynało się od ciszy. Cichy był nowicjat, choć z pewnością im bliżej końca, tym trudniej było nam się okiełznać. Tygodniem ciszy zaczynaliśmy każdy nowy rok akademicki. Szczerze wyznaję, że zawsze wewnętrznie się przeciw temu buntowałem. To przecież wbrew naturze! Po dwóch miesiącach niewidzenia się tyle było do opowiedzenia. Tyle nowych pomysłów w tym czasie przyszło, tylu ciekawych ludzi spotkaliśmy… A tu, na przekór naszej żywiołowości, cisza. Trochę jak ze środą popielcową, kiedy najbardziej skręca w żołądku w porze podwieczorku, na który w każdy inny dzień nie ma się ochoty.

Było w tej ciszy coś smutnego. Czegoś brakowało. A jednocześnie w tym braku rozpierało się poza granice wytrzymałości moje uciążliwe ja, z którym męczyć się musiałem jeszcze te parę dni.

Towarzyszyło tej ciszy pewnej spowolnienie. Skoro nie było czym jej zapełnić, rozciągałem w czasie każdą prozaiczną czynność, chwytając się jej jak ostatniej deski ratunku przed sobą. Kontemplowałem łyk zupy, precyzyjnie zanurzałem ostrze noża w i tak już przecież drobnym kawałku wołowiny z gulaszu, który w normalnych warunkach przełknąłbym w całości, nie wiele się nad nim zastanawiając. Tymczasem nie było po co oszczędzać czas.

Ciszą rozpoczynaliśmy też Wielki Post, w ciszy przygotowywaliśmy się do ślubów wieczystych i święceń. Szczególnie utkwiły mi w pamięci te ostatnie minuty przed mszą, w klasztornym chórze. My i On. Otoczeni licznymi braćmi. Część dopiero co przyjechała do Krakowa, ale pozwalali sobie „zmarnować” te pół godziny, przez nikogo o to nieproszeni. Znaczące, że ojciec magister nigdy tej adoracji nie wpisywał w oficjalny, narzucony plan dnia. Pozwalał nam samym o nią się zatroszczyć, zorganizować się, poprosić. I zawsze była.

Nie znoszę hałasu, źle się czuję w miejscach, które dudnią. Lubię strefy ciszy w pociągach (na Zachodzie to żaden fetysz, ale normalność), spacery w samotności, okna wychodzące ma podwórze. Zaliczam to jednak do luksusu. Cisza prawdziwa, cisza dogłębna wiąże się z wymaganiam od siebie. Okiełznaniem tego hałasu, który jest wewnątrz mnie. Jest walką – wbrew sobie, wbrew namiętnościom, pragnieniom, kaprysom chwili.

Coraz bardziej też, poza tym zmaganiem, dostrzegam jej dobrodziejstwo. Cisza zwiastowania, cisza pielgrzymki do Elżbiety, cisza Bożego Narodzenia i Wielkiej Soboty. A przecież i cisza Stworzenia, modlitwy Abrahama pod gwiazdami, dzieląca później wzniesiony nóż ojca i zbawczą rękę anioła, która na obrazach starych mistrzów powstrzymuje ofiarę Izaaka. Cisza nocy paschalnej w Egipcie, słupa ognia i Synaju. Cisza uciekającego Eliasza, więzionego Jeremiasza i Dawida między pierwszym a drugim wołaniem „Absalomie”. Sprawom ważnym po prostu cisza się należy. By nie utraciły swej wagi. By się przed nami odsłoniły. By nas cierpliwie ulepiły.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s