Ulica Gobelinów

Nie znajdziecie jej na żadnej trasie wycieczek. Stoi sobie schowana w cieniu bulwaru Arago, na którym trąbią na siebie na przemian samochody, autobusy i ciężarówki, regularnie zagradzając sobie drogę. Szerokimi chodnikami pędzą ludzie z lub do stacji metra, ewentualnie na przystanek autobusowy, położony w strategicznym punkcie przecięcia się pięciu najważniejszych dla komunikacji tej części Paryża arterii. Toteż mało kto zagląda na spokojną ulicę Gobelinów (zawsze fascynowały mnie tłumaczenia nazw ulic w przekładach XIX-wiecznych powieści).

Za każdym razem po powrocie do Francji muszę odprawić pewien szczególny rytuał: obejść ten czy inny rewir, jak pies choć w nieco bardziej subtelny sposób zaznaczyć swoją obecność. Dopóki w nogach nie poczuję znajomej faktury chodnika czy bruku, dopóki nie dopadnie mnie zapach z piekarni, straganu czy stacji metra, tak nierozdzielnie związany z owym miejscem, dopóki nie usłyszę przekupki, syreny, ptaka, nie wierzę w ten mój powrót.  To szczególne doświadczenie jest zresztą odcieniem tęsknoty, która kłuje z każdym dniem przedłużającej się nieobecności. Zaprasza mnie, ciągnie za nos miejsce, od którego chwilowo dzieli mnie kilkaset, kilka tysięcy kilometrów. Cóż to za miejsca wybrane? Kiedyś była to księgarnia przy bulwarze świętego Michała, Pola Elizejskie (wiem, że to sztampowe, ale rytuały nie do końca są kwestią wolnego wyboru), skrawek nabrzeża w okolicach ogrodu botanicznego. Dziś coraz bardziej czuję, że to właśnie ta zapomniana ulica Gobelinów, tym bliższa, im samotniejsza.

DSC_1367.jpg

Po prawdzie trudno określić, czemu nie zasłużyła na uznanie. Na 165 metrach długości przykleiły się do siebie budynki reprezentujące większość paryskich stylów od XV do XX wieku. Powinna zatem zostać zamknięta i służyć filmowcom jako idealny plener dla wszelkich filmów historycznych. Czy tylko ja potrafię docenić jej ciszę i łagodność, z jaką opada w stronę dawnego koryta rzeki Bièvre, oraz magiczne światło latarni, które wydobywa wszystkie najważniejsze detale architektury?

Koniec końców jednak myślę, że tej szczególności ulicy Gobelinów nie da się sprowadzić ani do jej kameralności, ani do tego nawarstwienia budowli. W głębi bowiem to wszystko sprawa jakiegoś bardzo osobistego sentymentu, niewyrażalnego słowami. Po drodze mijam malutki hotelik, który wydaje się gustownie, wręcz luksusowo urządzony. W innym z możliwych światów, byłoby to idealne miejsce, żebym w nim przenocował. Po prawej stronie salon fryzjerski. Sporo czasu zabrało mi ustalenie, czy to nie jest raczej bar lub galeria, bo  z regularnych obserwacji wynika, że łączy w sobie te trzy funkcje i pewnie jeszcze parę innych. Czemu ten salon, a nie inny? Czemu w ogóle zwrócił moją uwagę? I jeszcze ceglany budynek przemysłowy, z żelazną bramą na podwórze i starym neonem – idealna sceneria do czarno-białego, posępnego filmu kryminalnego z lat czterdziestych. Że też nigdy nie spotkałem obok nikogo w szarym prochowcu! Wreszcie uliczka kończy się i wychodzi na bistro – jedno z wielu. A jednak to przechodząc właśnie obok niego wieczorem, zawsze sobie myślę, że dobrze byłoby zatrzymać się, pozwolić czasowi odpłynąć nad lekkim drinkiem na musującym winie. I nigdy tego nie robię.

DSC_1365

Ulica Gobelinów znaczy moje powroty – z opery, teatru, kina. Tak się składa, że to ten sam kierunek – na piechotę lub ze stacji metra. Kiedy pierwszy raz poszedłem do Opery Garnier (był to ten sam dzień, kiedy wstępnie potwierdzono przyjęcie na studia, a więc możliwość przyjazdu do Paryża), nie chciałem pozwolić odpłynąć temu poczuciu niepowszedniości, choć za bilet na niewygodnym taborecie w trzecim rzędzie loży zapłaciłem 5 euro. Szedłem Avenue de l’Opéra, nie pozwalając zaniknąć taktom Orfeusza i Eurydiki Glucka, a gdy aleja się skończyła, parłem dalej – przez Luwr, nad Sekwaną, mnożąc monumentalizm krajobrazu. Dziś wystarcza mi ta mała, zapomniana ulica Gobelinów. Zastępuje mi nieobecnego towarzysza, z którym mógłbym dzielić doznania. Bo samotność poza wymiarem cielesnym, emocjonalnym i intelektualnym (przynajmniej w przypadku pewnej grupy homo sapiens), ma też przechodzący w ich poprzek aspekt wspólnoty doświadczenia. Gdy jej brakuje, największa przeżycie matowieje. Dlatego nie zaglądam do artystycznego fryzjera, a mój hipotetyczny kieliszek w bistro pozostaje pusty. Tylko przechodzę ulicą Gobelinów.

2 uwagi do wpisu “Ulica Gobelinów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s