Pocztówka z wakacji (7) – Wenecja

Gdy za oknem szaro, zimno i deszczowo (tak, w Paryżu też się to zdarza), a lista spraw do załatwienia wydłuża się i końca nie chce widzieć, miło wrócić myślami do lepszych (w domyśle: cieplejszych) czasów. Pomóc w tym może zagubiona pocztówka z wakacji, która ni stąd ni zowąd po miesiącach milczenia, postanowiła odnaleźć adresata. Dedykuję Wam zatem kilka takich letnich pocztówek, abyśmy jakoś dotrwali do końca listopada.

Na początek Wenecja, czyli cel mojej zwariowanej podróży w jedyny wolny dzień kapituły zakonu w Bolonii. Miasto, do którego zawsze chciałem się wybrać, a od którego do niedawna skutecznie mnie odpędzały myśli o turystycznym kiczu i zjadającej resztki żywego organizmu miejskiego turystycznej kolonizacji. W końcu jednak się udało.

Nie będę się rozpisywał o Wenecji. Aby oddać jej sprawiedliwość, trzeba by poświęcić całe stronice, a brak mi do tego zarówno czasu, jak i niezbędnej erudycji. Przecież to miasto-symbol o tak bogatej biografii kulturalnej! Ziemia wykradziona morzu. Karnawał. Maska. Pyszna republika dożów. Iluzja stopiona w słynnych lustrach i szkłach. Hiena żywiąca się resztkami złupionego Konstantynopola… Szkoda nawet zaczynać – tak wiele bym pominął.

Moja Wenecja ma dwa oblicza – nocne i dzienne. Wenecja nocą to miasto Casanowy Felliniego i odbijającej się echem między kanałami barkaroli z Opowieści Hoffmanna. Labirynt uliczek i kanałów między jednym a drugim rozświetlonym placem, z którego dobiegają głosy zabawy. Zanurzam się w ciemność, idąc na azymut, i liczę, że nie trafię na ślepy zaułek  – do ostatniej chwili nie widzę, czy jest skręt, czy go nie ma. Droga wije się i nadrabia, omijając kanały w poszukiwaniu dogodnego mostu. A przecież w końcu, te kluczowe by wrócić na nocleg, nad Canal Grande są tylko cztery. Nagle znajduję się sam, w lichym świetle. Nie wiem, kto czeka za rogiem. Zaraz gwar placu. Światła – półmrok, zgiełk – cisza falują jak woda laguny.

Wenecja za dnia – to ta Canaletta i Vivaldiego. Klasyczna, jasna, prosta. Błękit nieba i Adriatyku przedzielone alabastrem i cegłą pałaców i domów. Tę pierwszą zachowuję dla siebie – powierzam pamięci oczu, słuchu, węchu. Drugą dzielę się poniżej. Jako akompaniament proponuję wenecki album kontratenora, Maxa Emanuela Cenčića.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s