Frantz

Jest jednym z najważniejszych współczesnych francuskich reżyserów. Można się spierać z jego światopoglądem, ale zawsze będzie to twórcze spieranie się. Wymagające, a przez to płodne. Jeśli miałbym wskazać, co łączy jego filmy, i te lżejsze jak pastisz klasycznego kryminału, Osiem kobiet czy komedia obyczajowa, Potiche (czy rzeczywiście lekkie?), i te cięższe, jak gęstniejący z każdym ujęciem U niej w domuNowa dziewczyna czy wreszcie klasyczny Basen, byłoby to umiłowane przez pannę Marple studium natury ludzkiej. W istocie, niezależnie od tematu i kostiumu, Ozon konstruuje i dekonstruuje tak fascynujące charaktery, że (jak chyba wielu widzów) bez najmniejszych skrupułów pozwalam mu się zahipnotyzować i poprowadzić, gdzie tylko zechce. Nie bez powodu dwoma kolejnymi (choć nie zawsze w równej mierze obecnymi) elementami jego twórczości są: transgresja i uwiedzenie przez fikcję – najczęściej tę, którą sami siebie oszukujemy.

fr1.jpg

Na najnowszy film, doceniony przez krytyków w Wenecji, choć bez spodziewanej nagrody głównej, wybierałem się z tą szczególną emocją, która towarzyszy nam, gdy otwieramy nową powieść ulubionego pisarza albo zdejmujemy folię z nowej płyty ukochanego wykonawcy. Ozon po raz kolejny zaskoczył. I nie rozczarował.

Niemieckie (do granic!) miasteczko. Rok 1919. Kiedy, jak co dzień, Anna przychodzi na grób narzeczonego, zauważa przy nim nieznajomego Francuza. Kim jest? Co łączyło go z tytułowym Frantzem? Chłopak mimo początkowych oporów staje się coraz częstszym gościem rodziców Niemca, coraz bardziej uzależnionych od dopisania nieznanych elementów przerwanego życiorysu syna. Słuchają o wspólnych latach studenckich w Paryżu – aż przyszła wojna. A teraz jeden żyje, a drugi – nie. Czy to cała prawda?

fr3.jpg

Film jest niezwykle spokojny. Wolne ujęcia. Oszczędna muzyka. Tonacja czarno-biała momentami nabiera kolorów, co początkowo się wydaje kiczowatym efektem, ale z czasem, gdy dochodzą niuanse, zaczyna się bronić. W tym spokoju wyczuwa się jednak napięcie. Najpierw to społeczne. Jeden obcy – wobec zamkniętej społeczności małego miasteczka. Zwycięski Francuz wśród upokorzonych porażką Niemców. Dwie godziny filmu to przecież za mało by pokonać tak intensywne uprzedzenia. Poskładać się jako społeczeństwo po traumie ponad czterech lat bezsensownej walki. Każdy stracił syna, brata, wnuka…

To napięcie społeczne to jednak zaledwie odprysk zmagań poszczególnych bohaterów – złamanych wojną, poranionych, pojonych przez cztery lata śmiercią, aż przestali być zdolni do życia. Powraca więc temat żałoby. Nowa choroba końca wieku, w której znów wybrzmiewa wola śmierci. Niespełniona miłość. Załamanie nerwowe. Milczenie. Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa…

fr2

Film Ozona jest reinterpretacją Broken Lullaby Ernsta Lubitscha z 1933. O ile jednak pierwowzór kończył się optymistycznie, młodzi pobierali się, francuski reżyser postanawia dopisać alternatywne zakończenie. W 33. roku można było się jeszcze oszukiwać, że ludzkość wyleczyła się z nienawiści. Z dzisiejszej perspektywy nie możemy sobie już na taki optymizm pozwolić . Demony jedynie zasnęły. Wystarczy niewiele by je obudzić, co przecież reżyser jasno sugeruje w powracających scenach z niemieckiej karczmy. Tak niewiele wystarczy…

Zakończeniem nie może być happy end nie tylko z powodów politycznych. Na przeszkodzie stoją połamane życiorysy bohaterów. Czy po traumie, jaką była wojna, da się powrócić do normalności? Da się wyleczyć z koszmarów? Lęków? Można pokochać wroga? Czy jedynym lekarstwem na przeszłość jest oszukiwanie się? A przebaczenie? Czy przebaczenia ma siłę uzdrowić rany? Ozon odpowie, że zasadniczo tak. Ale czy wszystkie? I czy na wybaczeniu koniec? Czy to nie dopiero początek problemów?

Nie dziwi mnie, że z Ozonem chcą pracować najlepsi. Grała u niego Isabelle Huppert, Fabrice Luchini, Catherine Deneuve, Kristin Scott Thomas, by wymienić kilka pierwszych nazwisk z brzegu. Ale reżyser ma też talent do kreowania nowych aktorów. To on wypromował Ludivine Sagnier, natomiast we Frantzu zabłysła młodziutka Niemka, Paula Beer. I to ona, a nie znany i lubiany we Francji Pierre Niney, zdobyła nagrodę im. Marcello Mastroianniego w Wenecji. Zasłużenie!

Na koniec dwa cytaty kulturowe, które dopełniają kunsztu reżysera: Nuit d’étoiles Debussy’ego – pieśń ze innej już epoki – utęsknionej, ale straconej dla bohaterów. I powracający w rozmowach portret młodzieńca Maneta. Nie zdradzam, o który chodzi, bo ma to kluczowe znaczenie dla fabuły. Zapewniam, że scena, kiedy wreszcie bohaterka zobaczy go po raz pierwszy, nie tylko dla niej będzie zaskoczeniem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s