Z domu do domu

Kończy się czterotygodniowy kurs językowy w Walencji – niesłychanie intensywny, ale również chyba najlepszy miesiąc tego lata. Po raz kolejny potwierdzam, że o wartości miejsc nie decydują mury, ale ludzie. Walencja mogłaby być najbrzydszym miastem na świecie (nie jest!), w którym nic się nie dzieje (oj, dzieje się). Szkoła językowa mogłaby być jedną wielką porażką (nie była), zajęcia nudne (wprost przeciwnie), a koledzy z kursu – troglodytami (też nie). Mogłoby przez bite cztery tygodnie padać (oj, mogłoby…), a i tak byłby to wspaniały czas, dzięki braciom, których tutaj spotkałem.

Na dobrą sprawę wystarczyła jedna wiadomość Paco, który jakieś 2 tygodnie przed przyjazdem znalazł mnie gdzieś w internecie i zaczepił, czy przypadkiem do nich nie przyjeżdżam, po czym nastąpiła cała korespondencja, i już wiedziałem, że to będzie bardzo dobry czas. Miałem to szczęście znaleźć się we wspólnocie, która nie toleruje gości – wszyscy są domownikami – na dzień, tydzień, miesiąc lub nieco dłużej. Nic dziwnego, że z każdym dniem coraz silniej wypierałem świadomość nieuchronnego powrotu do Paryża.

Parę tygodni temu napisałem, że dom jest miejscem „swojości”. Podtrzymując to, dorzucam o wiele ważniejszy jego wymiar. Dom to miejsce, gdzie ktoś na ciebie czeka. Zapewne nie musi się to ograniczać do własnych czterech (lub trochę więcej) ścian. To przecież i świat rodziny, przyjaciół, znajomych, którzy niekoniecznie muszą koczować na twojej wycieraczce.

Ta myśl o oczekiwaniu była i jest dla mnie bardzo ważna. To ona, jako odtrutka na przekleństwo samotności, pomagała mi w podjęciu decyzji o wstąpieniu do Zakonu. Czy więc mogłem wziąć za zwykły zbieg okoliczności, że po 7 latach, przed przyjazdem do pierwszego klasztoru po święceniach, dostałem od jednego z braci wiadomość: „Przyjeżdżaj już, bo bardzo na ciebie czekamy”? Dlatego też tak poruszył mnie mail sprzed paru tygodni, od nieznanego brata, który czeka.

No i może w końcu dlatego też ostatecznie nie dotknął mnie dziś wisielczy humor przed-wyjazdowy. Po trzech miesiącach ciszy (pomijając interesy, zastępstwa, prośby – te zawsze będą, czy ktoś tęskni, czy nie), dostałem wczoraj niezależnie dwie (bezinteresowne) wiadomości: Przyjeżdżasz już? Czekamy!

No to wracam. Z domu do domu.

2 uwagi do wpisu “Z domu do domu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s