#Camino 24: Gdzie tak leziesz?

Mówią, że najtrudniejszy jest pierwszy krok. Bzdura! Najtrudniejszy jest ten ostatni – którego zasadniczo nie ma. Kiedy się nieuchronnie zbliża, zachodzi we mnie jakaś zdumiewająca zmiana. Jeszcze 2-3 dni temu z ulgą liczyłem i dzieliłem brakujące kilometry – już tylko… Jeszcze wczoraj wieczorem, jak zwykle w wigilię wielkiego finału, nawiedzała mnie swędząca pokusa, żeby spakować manatki i jeszcze tego samego dnia dojść do celu – w końcu tak niewiele zostało: jak można tak bezczynnie czekać? (Ciekawe, że taka myśl nie nachodziła wcześniej. W ten sposób, idąc dniem i nocą, można by zaoszczędzić spokojnie połowę czasu. Tylko co z nim potem zrobić?) Dziś natomiast nie jestem w stanie postawić ostatniego kroku.

Ta niemożliwość, przynajmniej w sensie fizycznym, nie ma w sobie nic z paraliżu. Wręcz przeciwnie. Staję przed katedrą. Daję sobie parę minut na samozachwyt. Ale się nie zatrzymuję. Do schroniska. Zostawiam plecak. Do kościoła św. Izydora – msza w południe. Tak, to właściwy finał drogi… która też się tutaj nie kończy.

Przez cały dzień łapię się na tym, że wciąż gdzieś chodzę. Po przeszło czterystu kilometrach, żadne miasto nie jest zbyt obszerne do przejścia, żadne dwa punkty nie są zbyt odległe. Owszem, być może zajmie to trochę czasu, pół godziny, godzinę, dwie… Ale dojdę.

Więc idę, a raczej lecę do przodu ciągnięty jakąś niewyczerpującą się siłą. Niezbyt dobrze wiem gdzie, skoro doszedłem już do celu. Doszedłem, ale wciąż nienasycony. Lezę, lezę, lezę. I śmiejąc się do siebie z ironią, myślę, że przynajmniej zdrowy ten nałóg. No chyba, że zachodzę się na śmierć.

Włosi wierzyli, że osoba ukąszona przez tarantulę zapadała w letarg, z którego mogła być wybudzona jedynie muzyką. Pod jej wpływem ukąszony wykonywał dziki i szaleńczy taniec, dzięki któremu trucizna opuszczała jego ciało. To choreograficzne remedium dało początek tanecznej manii, znanej jako tarantyzm, który jak epidemia rozprzestrzenił się po Europie w wiekach średnich i znajduje dzisiaj swój paralelizm w zwariowanym jazzie. Mówi się, że tarantela, taniec wykonywany dziś we Włoszech, stanowi pozostałość po tym, który dawał ulgę ofiarom ukąszenia przez tarantulę.


Pociągiem droga León-Madryt zajmuje zwykle nieco ponad dwie godziny. W porannym ekspresie jest jeszcze sporo wolnych miejsc w promocyjnej cenie. Większość podróżnych korzysta z usypiającego kołysania wyciszonego wagonu, aby nadrobić zarwane godziny. A ja nie mogę twarzy odkleić od szyby. W bezkresnych polach odnajduję cienką kreskę przemierzonej drogi. Nikt, kto jej nie przeszedł, nie zwróciłby na nią uwagi. W dwie godziny przecinam szlak dwunastu dni. Wrażenie cofania się w przyspieszeniu potęguje fakt, że siedzę tyłem do kierunku jazdy. Zapadam się w minione. Wracam.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s