#Camino 21: Z pustyni

Ostatnie 38 kilometrów, mniej więcej dziesiąta część przebytej dotychczas drogi, i moja zdziwaczała ścieżka wpada w Sahugunie do przestronnego koryta drogi francuskiej. Na tym, w sensie ścisłym, kończy się camino de Madrid jako takie. Nie kończy się jednak moja pielgrzymka. I choć na brakujące do grobu apostoła kolejne 360 kilometrów czasu już nie starczy, pozwalam się jeszcze przez dwa dni powieźć silnemu nurtowi tej, jak lubię ją nazywać, autostradzie de Santiago.

A zatem koniec z ciszą, koniec z samotnością. Wypalonych baterii czołówki już nie szkoda, bo nie tyle nawet wydeptana, co utwardzona droga bezbłędnie prowadzi nawet zamknięte oczy. Koniec holmesowskiego dociekania drogi – najdalej w promieniu kilkuset metrów majaczy sylwetka poprzednika. Koniec wyglądania za cieniem, bo choć szlak wciąż prowadzi przez rozległe pola Kastylii, na licznych pielgrzymów czeka cienik zasadzonej linii drzewek. Może nie jest to cień, a już tym bardziej nie cienisko, ale w zupełności wystarczy.

Nie muszę już skrupulatnie planować postojów i noclegów. Średnio co 5-8 kilometrów jest jakaś gościnna wioska, a miejsca piknikowe jeszcze częściej. Nie jestem zdany na kupione dzień wcześniej zapasy jedzenia ani łaskę i niełaskę właściciela lokalnego baru. Wszystkie drzwi otwarte przed piechurami – w końcu to z nich nie jeden się tu utrzymuje.

Znika niepokojąca pustka schronisk. Tłumów przy tej pogodzie wprawdzie nie ma – dla każdego starczy miejsca, ale i tak są to dziesiątki ludzi. Do umywalek ustawiają się kolejki, stół w jadalni ściśle zapełnia się talerzami, garnkami, kubkami. Ten leży, ta chrapie, ci się śmieją, ci cierpią, ostentacyjnie machając zabandażowanymi i oplastrowanymi nogami. Włosi, Niemcy, Słowacy, Hiszpanie, Koreańczycy, Amerykanie… I ten refren buen camino!

W zestawieniu z cichym i niepewnym ubóstwem drogi madryckiej można by pogardzić tym zabezpieczonym i zaaprowidowanym harmidrem jakubowej autostrady. A ja się nim cieszę. Nie z naturalnej ludzkiej kleistości do wygody. Nie dlatego, że ratuje mnie przed wróżonym mi wariactwem, ani dlatego, że mogę weń wreszcie uciec od siebie. Nie wychodzimy na pustynię, żeby znienawidzić nasze wioski, ale żeby się nauczyć je kochać lepiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s