#Camino 16: Wizygoci

Nie raz w czasie pielgrzymki rzeczywistość zaskakiwała mnie w takim stopniu, że ze zdumieniem przecierałem oczy, zastanawiając się, czy jeszcze śnię, czy już popadłem w stan halucynacji. Nie inaczej było w pewien poranek, przed wschodem słońca w miasteczku o uroczej nazwie Wamba. Jest to, zdaje się, jedyna miejscowość Hiszpanii na literę „W”. Anomalię tę zawdzięczamy Wizygotom, którzy pozostawili po sobie kamienny kościół.

W miarę jak zbliżam się do rzeczonej miejscowości, dobiegają mnie jakieś krzyki, zaśpiewy, śmiechy, zadziwiające o tej wczesnej porze. Sprawdziwszy w głowie całą serię mniej lub bardziej idiotycznych hipotez (od podchodów dziecięcej kolonii po zasadzkę bułgarskiej mafii), zaczynam na poważnie zastanawiać się, czy przypadkiem zmysły nie odmawiają mi posłuszeństwa. Teoretycznie mogło to być jeszcze encierro, ale nawet byki pogardziłyby taką godziną. Mimo wszystko i na nie za wcześnie.

Szlak wijąc się, schodzi w dolinę rzeki, a głosy zdają się mnożyć i rozprzestrzeniać (choć w żadnym wypadku nie stają się wyraźniejsze). Powraca do mnie szalona myśl, że wrócili Wizygoci.

A może wcale nie wrócili? Może żyją w tej ich Wambie nieprzerwanie od stuleci, ale ze względów politycznych – w ukryciu? Za dnia Juan Antonio jest uczesanym listonoszem, roznoszącym gazetki reklamowe i pisma urzędowe (wobec wymarcia wszelkiej innej korespondencji), ale gdy zapadnie noc, staje się nieznającym litości Leowigildem: drze rachunki bankowe, oświadczenia podatkowe i katalog wysyłkowy „Wszystko dla twoich rabatek”. Rosę Marię możecie spotkać w trzecim obejściu po lewej, zaraz za rzeką. To niczym nie wyróżniająca się stateczna wdowa po zasłużonym dla lokalnej społeczności mechaniku samochodowym. Jednak gdy w promieniu pięciu kilometrów zniknie ostatni obcy, przeistacza się w zielarkę Ermenbergę – skacze po łące na bosaka, w powłóczystej szacie, ze srebrnym sierpem w dłoni, ścinając starannie wyselekcjonowane liście i kwiaty do eliksiru miłości dla Goswinty (znanej też jako piekielnie nudna i brzydka siostra proboszcza, Maria Rosario), wzdychającej wieczorami do Recceswinta (nieśmiały traktorzysta Felipe).

Widok, jaki wreszcie ukazuje się moim oczy, w niewielkim jedynie stopniu uspokaja mnie. W różnych (nieraz dość dziwnych) miejscach i pozach porozsiadały się, stoją lub snują się gromady młodzieży w zaawansowanym stadium upojenia alkoholowego. Zwisające smętnie o tej porze chorągiewki wskazują, że to ostatnie godziny całonocnej fiesty (jak w wielu krajach, w sierpniu, po żniwach, zbiegają się wszystkie możliwe odpusty, święta, festyny). Wymijam zataczające się hordy, dziękuję za propozycje piwa (dla mnie stanowczo za wczesne) oraz pozdrawiam zdumionych, że to już „dzień dobry”.

Nie zatrzymuję się w wiosce, ale zdecydowanym krokiem ją przecinam, nie zwalniając tempa, aż zamilkną za mną stłumione głosy dogorywających. Wtedy odwrócę się, by w łososiowym świetle przedświtu jeszcze raz rzucić okiem na ukrytą między zboczami dolinki wioskę. Może to i fiesta, ale kto tam wie, czy nie było wśród nich żadnych Rekkaredów, Witeryków, Sisebutów czy Gundemarów. I czy dziewczyna o skrzeczącym głosie harpii nie nazywa się w rzeczywistości Galaswinta, Hildoara, Recyberga albo chociaż Cixlonia…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s