#Camino 12: Klara

Kto pyta, nie błądzi. A kto dzwoni do proboszcza, może się przyjechać… na przykład na odpustową mszę do pobliskiego klasztoru klarysek. I to w dodatku (tutaj musimy wprowadzić nową bohaterką, a jednocześnie nowy typ postaci, której znamienną cechą jest to, że nie muszę wymyślać jej imienia, bo jego nie da się zapomnieć) z dziarską parafianką, Conchą. To ten typ, który bez przerwy gada, bez przerwy poucza, zna się na wszystkim, wszystkim kieruje, po czym sam się ze sobą przekomarza, bo w końcu i tak nikt jej nie dotrzyma kroku.

Jedziemy zatem we trójkę wysłużonym samochodem, w górę i w dół złocistych pagórków, mijając z zawrotną dla piechura prędkością malutkie osady, których nazwy trudno spamiętać (nie dotyczy to oczywiście Conchy). Jose Alvaro (powiedzmy…) próbuje się przez tę tyradę przebić, prowokując żywiołową staruszkę, która bez zająknięcia daje się sprowadzić na dowolny temat (wrodzona nieśmiałość i poważne ubytki językowe powstrzymują mnie przed pójściem w jego ślady i zapytaniem, czy jej zdaniem istotnie arktyczna populacja humbaków na tyle się zwiększyła, że uzasadnia decyzję Japończyków o odłowie kilkudziesięciu osobników, czy też dotyczy to jedynie sejwali). Pochodzi (Jose Alvaro, nie humbak) z Kolumbii, przez co potwierdza moją tezę, że Kolumbijczycy są wszędzie. Po ośmiu latach jeszcze nie do końca zaaklimatyzował się w Hiszpanii, bo największym zmartwieniem ostatnich dni jest kilkudniowe święto miasteczka (encierro, korrida i całonocne zabawy), przez które nie zmruży oka. Zasadniczo jednak nie rozmawiamy, bo nawet po odwiezieniu Conchy, panuje między nami cicha zgoda, że jedyne, co nas po tej feerii tematów i plotek uratuje, to właśnie cisza.

Msza odpustowa gromadzi chyba całą wioskę, a do tego księży z okolic. Przy okazji doświadczam nowego stopnia zaawansowania językowego: zrozumieć ze słuchu hinduską mniszkę świszczącą po hiszpańsku. Jakbyście chcieli kiedyś kogoś oblać na egzaminie…

Po mszy dla wszystkich poczęstunek w ogrodzie. I tu: różnica kulturowa. Stół zastawiony ćwierćlitrowymi butelkami piwa, po które wszyscy w tych świętych murach sięgają. Do tego ciasteczka z klasztornej kuchni, a po nich kolejne słodycze: rosquillas (odpowiednik pączków) i płatki z ciasta faworkowego, których nazwy nie udało mi się ustalić.

Na koniec jeszcze jedna uwaga kulturowa: Jeśli na takim przyjęciu zaproponują wam lemoniadę, bądźcie przygotowani, że poza cytryną (i innymi cytrusami oraz przyprawami) istotnym składnikiem napoju będzie czerwone wino. Ta wiedza może wam uratować życie – szczególnie, że statystycznie taki napój jeszcze bardziej rozwiązuje język dziarskim parafiankom. A wtedy ratuj się, kto może!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s