#Camino 10: Piach

Kolejne dwa dni są w zasadzie dość krótkie. Wbrew namowom księdza Alfonsa nie decyduję się na jeden, 45-kilometrowy dzień, ale dzielę go na dwa mniejsze etapy. Bardzo szybko okazuje się, że była to jak najbardziej słuszna decyzja. Nie tylko ze względu na niezapomniane przeżycia z miasteczka o wdzięcznej nazwie Coca (które złożą się aż na dwa kolejne rozdziały), ale również ze względu na piach.

Pojawia się już kilka kilometrów po rozpoczęciu marszu. Mniej więcej w porze, gdy tuż przed świtem świat zaczyna nabierać kształtów – pozbawionych jeszcze kolorów. Stopy zapadają się, ślizgają, błądzą. Ze współczuciem, ale i ulgą patrzę na biednego (powiedzmy) Miguela Alonso, dwudziestokilkuletniego Peruwiańczyka, który z trudem brnie przede mną na rowerze. Przez te kilkadziesiąt minut, dopóki nie uda mu się odbić na objazd szosą, udaje nam się wyrównać tempo. Niestety wcale nie świadczy to o lekkości pieszej drogi.

Jak nie trudno się domyślić, zmienia się również krajobraz. Dotychczasowe bogactwo drzew, krzewów i traw zastępuje sosnowy monopol. Idzie się więc takim mocno przerzedzonym laskiem karłowatych, powyginanych drzew, które niewiele dają cienia, za to intensywny zapach żywicy. Nic więc dziwnego, że większość pni ponacinana, a do plastikowych pojemników ospale sączy się złotawa maź.

Zatem: ciepło, sucho, a jednocześnie duszno od żywicznych „kadzideł”… Może i dymu w tej liturgii leśnej brak, ale z powodzeniem jego miejsce zajmuje pył wzbijanego spod stóp piachu. Nic dziwnego, że po paru godzinach zaczynają piec wysuszone i popękane wargi.

Tak po krótkim, ale intensywnym marszu wbrew zawracającym mackom piachu, wchodzę do Coki, mając jeden cel: aptekę. Rozglądam się w jej poszukiwaniu, co nie uchodzi uwadze wychodzącej z supermarketu (powiedzmy) Juany.

– Czego szukasz?

– Apteki.

– O, to na drugim końcu miasteczka. A po co?

– Potrzebuję jakiejś maści na wargi.

Juana każe poczekać chwilę. Zostawia z siatkami starszą sąsiadkę, (powiedzmy) Pilar, i puka do pierwszego z rzędu (choć nieprzypadkowego) okna. Po krótkiej wymianie słów niewidoczny (nazwijmy go) Paco wystawia przez szparę rękę z kosmetyczką. Juana ze sprawnością każdej posiadaczki damskiej torebki wyciąga malutkie pudełko z maścią ziołową. Daje, żebym sobie namaścił wargi, po czym zamyka pudełko i wsuwa mi w dłoń.

– To dla ciebie. Pielgrzymom trzeba pomagać.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s