#Camino 09: Mydło

Santa María la Real de Nieva okazuje się całkiem przyjemnym miasteczkiem. Miniaturowe schronisko, założone i pielęgnowane przez Javiera w domku, w którym mieszkali niegdyś robotnicy sezonowi z ubogiej Galicji, ma w sobie to „coś”.

To „coś” ma w sobie również senny placyk, gdzie w dwóch barach spotykają się rano, koło południa i wieczorem zdziwieni każdym obcym mieszkańcy. Nie próbuję nawet odpowiedzieć na pytanie, czy chodzą zawsze do tego samego baru, czy też istnieje tu jakieś szczególne kryterium podziału, antagonizm, tabu…

Najbardziej jednak to „coś” ma w sobie przepiękny podominikański kościół i klasztor (zajmowany obecnie przez dom kultury). Kiedy przychodzę wieczorem, żeby dołączyć się do mszy, muszę wyglądać jak duch dawnych mieszkańców. Zakrystian rozpoznaje mój habit i ze wzruszeniem oprowadza po świątyni, opowiadając o świętych patrzących na nas z obrazów. Nie przerywam mu, cierpliwie słucham, jak tłumaczy mi dobrze znane historie. Nie pośpieszam, bo sam się nie śpieszy. W końcu msza może się zacząć parę minut później.

Okazuje się wkrótce, że nie jestem tu jedynym żywym dominikaninem. Mszę odprawiać będzie pochodzący z tej miejscowości mój współbrat, który na co dzień pracuje w Wenezueli, a po mszy podejdzie do nas dominikanka, która również odpoczywa u rodziny na wakacjach.

Martin (wybaczcie, podobnie jak w przypadku wielu bohaterów tej powieści, zgubiłem gdzieś po drodze jego prawdziwe imię, pozwólcie więc, że zaistnieje dla was pod takimi imieniem) oprowadza mnie później po jednych z piękniejszych krużganków klasztornych, jakie życiu widziałem. Każda kolumna zdobiona jest unikalnym kapitelem, podpadającym pod jedną z czterech grup tematycznych: sceny biblijne, sceny z życia wiejskiego (według kolejnych pór roku), sceny z życia szlacheckiego (rycerskiego, arystokratycznego) i sceny z życia braci. Niektóre tematy powtarzają się, ale zawsze w oryginalnym ujęciu. Poszczególne grupy przeplatają się, na pierwszy rzut oka bez żadnego porządku – tak jak splecione sobą ze sobą w życiu i jak powinny być splecione z objawieniem biblijnym. Szczególnie zapadają w pamięci dwa, o wiele częściej powtarzające się przedstawienia z życia braci: alegoria głoszenia i słuchania, których owocność symbolizują wychodzące z ust/uszu pędy winne.

Po mszy idziemy na chwilę na taras jednego z dwóch barów (nie pytam o klucz wyboru). I jak dwóch nieznających się wcześniej dominikanów opowiadamy o tym, czym ostatnio żyjemy, jakbyśmy od dawna się znali. Szybko okazuje się, że mamy wspólnych znajomych. Martin jest ciekaw kapituły generalnej, z której niedawno wróciłem. Sam opowiada o coraz trudniejszej sytuacji w Wenezueli. Choć bracia nigdy nie mieli powodu do narzekania na hojność wiernych i męczeństwo z głodu jak na razie im nie grozi, na poważnie zastanawia się, czy wkrótce nie trzeba będzie odesłać do innego kraju starszych braci: leki są coraz droższe, a tych najbardziej potrzebnych może w ogóle zabraknąć… Kolejna bieda, myślę sobie, z której w ogóle nie zdajemy sobie sprawy – przejęci naszymi małymi, lokalnymi problemami…

Martin postanawia odprowadzić mnie do schroniska. Po drodze spotykamy coraz więcej jego znajomych i członków rodziny. Wbrew sobie wytrwale odmawiam zaproszenia na kolację. Niestety aż za dobrze wiem, że w hiszpańskim gronie ma nikłe szanse skończyć się przed północą, a nie mogę sobie pozwolić na wylegiwanie się w łóżku.

Ostatni przystanek: dom proboszcza. Przypominający bardziej mechanika samochodowego niż księdza Alfonso prowadzi nas do swojego królestwa – dobrze zgadłem – wielkiego warsztatu. Wyciera w brudną koszulkę usmarowane czymś dłonie i wypytuje o trasę camino, dzieląc się tysiącem porad co do możliwych tras, skrótów, postojów. Na koniec rzuca mi mały, szary krążek – mydło, które sam wyrabia i którym dzieli się z pielgrzymami nocującymi w miasteczku. Po chwili jestem zaopatrzony nie tylko w całą siatkę takich mydełek, ale i 101 powodów, dla których jest to najlepsze mydło na świecie. Po prostu: Hiszpan.

Dziękuję, żegnamy się, jeszcze parę znajomych Martina, wreszcie ostatnie, braterskie pożegnanie. Siatkę z mydłami zostawiam w widocznym miejscu schroniska – dla kolejnych wędrowców. Sam zabieram sobie dwa: na teraz i na przyszłoroczną wyprawę. Wszak takie mydło to dobry pretekst. Przez najbliższe miesiące będzie mi z półeczki o tych planach przypominało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s