#Camino 07: Łzy

Swego czasu ojciec Jan Góra dzielił się z nami pomysłem założenia klasztoru mniszek dominikańskich w okolicach ośrodka nad Lednicą. Pomysł ten powracał do niego co jakiś czas. W tej sprawie cierpliwie czekał na właściwy moment. Być może sprawa wymaga szczególnej interwencji (nomen omen) u góry, stąd po śmierci ojca wciąż na tę nową fundację czekamy. A że nie było dla niego na ziemi spraw nie do załatwienie, tak sobie myślę, że i Pan Bóg „ulegnie” jego namowom.

Planowanej fundacji towarzyszyć miały dwa symbole. Po pierwsze, ogromny bukłak na łzy, który zbierać miał łzy wypłakanych ludzkich nieszczęść. Po drugie, ogromna księga intencji, w której, od wstąpienia do zakonu, każda siostra miała zapisywać wszystkie intencje, o modlitwę w których została poproszona. Z taką księga miała na koniec zostać złożona do grobu.

Te dwa obrazy wróciły do mnie w zeszłym roku, kiedy zbierałem intencje do pielgrzymiej modlitwy. Z tą samą siłą przychodziły mi na myśl i w tym roku. Choć mój zeszyt z modlitwami proporcjonalnie mniejszy od życiowej księgi modlitw mniszek, brakowało mi wspomnianego bukłaka na łzy.

W ewangeliach można znaleźć kilka ważnych scen, kiedy Jezus się wzrusza przy spotkaniu z drugim człowiekiem. Myślę, że nie chodzi tam tylko o ludzką biedę, nieszczęścia, choroby. Wzrusza nie tyle zło, które dotyka człowieka, co złożone w nim dobro, które cierpi. Spojrzenie Jezusa pozwala zobaczyć człowieka pełniej, bliżej – zauważyć to, co normalnie skrywane. Mam jakiś tego przebłysk, czytając o problemach, troskach kryjących się w intencjach od znajomych osób, o których przecież sobie nie opowiadamy. Boimy się wypowiedzieć je na głos przed samymi sobą. Na piśmie zawsze prościej… Jeszcze silniejsze tego doświadczenie ma miejsce w czasie spowiedzi.

Czego się nie mówi? Co skrzętnie skrywamy? Automatycznie chciałoby się odpowiedzieć: to, co wstydliwe – słabości, grzechy, wady. Ale czy tylko? W końcu dostrzec zło jest bardzo łatwo – nie trzeba specjalnie prześwietlać drugiego człowieka. Ono zawsze, prędzej czy później wybije na zewnątrz. Bardzo łatwo też sobie to rzekome zło (fałsz, nieszczerość, hipokryzję) u drugiego człowieka domniemać. Jednak przecież oprócz tego, co ciemne, skrywamy w sobie i dobro. To dobro, którym nie chcemy się chwalić. Dobro często niespełnione – szlachetne intencje, tęsknoty, pragnienia, troskę świadczącą o wrażliwości…

Może to jakaś szczególna łaska, choć liczę na to, że jest to powszechne doświadczenie spowiedników, że w przeważającej większości spotkanie w sakramencie z drugim człowiekiem jest dla mnie niesłychanie pięknym (i zawstydzającym) odkryciem w nim dobra. Właśnie nie grzechu, ale dobra. O ileż więcej tego dobra, o ileż więcej niespełnionej miłości musi dostrzegać w nim Bóg! Może dlatego nie wyobrażam sobie, jak można takiego człowieka w trakcie spowiedzi sponiewierać, jak – na niego krzyczeć, poniżyć, karcić… (niestety z opowiadań wiem, że jak najbardziej to też się zdarza).

Staram się mieć w pamięci to doświadczenie, gdy wchodzę na ambonę. Jak tę wyzywającą mnie intymność spotkania w konfesjonale – tę pojedynczość, która podważa moją odrywającą się od rzeczywistości paplaninę – ocalić, gdy dzieli się ją przez setki słuchaczy? Nie pozwolić się ponieść magii mównicy. Mówić do setek bardzo wyjątkowych biografii, nie tracąc wrażliwości na nikogo… Czy to ta nieśmiałość w spotkaniu z kimś, kto w cztery oczy może zakwestionować moje zgrabne uproszczenia, sprawia, że nie wyobrażam sobie, jak można kogokolwiek potraktować z góry z wysokości ambony? Obym takiej wrażliwości nigdy nie stracił.

Dostrzeżenie ukrytego dobra wokół tego, co złe, brutalne, niesprawiedliwe, nieludzkie niesie w sobie jednak pewne niepokojące napięcie. Szlachetne intencje, skrywane dobro w żaden sposób nie unieważnia powagi grzechu. Przechodzi mnie dreszcz na to niby banalne spostrzeżenie, że i najwięksi zbrodniarze tej ziemi mieli swoje rodziny, zacisza domowe, uściski, pocałunki… Troszczyli się o swoje dzieci, tęsknili za żonami… Jak można unieść w sobie taką sprzeczność?

Nie ulegając naiwności wobec zła i tego niepokoju, jaki rodzi rozdwojenie „czułego zbrodniarza”, wolę mimo wszystko widzieć w skrytym dobru znak nadziei. Że nawet pośród licznych błędów, zawiści, złośliwości, żądzy odwetu i zwyczajnej ludzkiej podłości, człowiek ów wciąż jeszcze zdolny jest do dobra. Nie całe w nim zginęło. I choćby w zdecydowanej większości swoich decyzji mu przeczył, jest ono dla niego wciąż otwartą możliwością. Jeszcze może się zmienić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s