#Camino 04: Rytm

Pierwsze dni są zasadniczo po to, żeby złapać rytm. Szczególnie rannego wstawania. Zdaję sobie sprawę, że w oczach innych pielgrzymów, a jeszcze bardziej napotkanych po drodze tubylców, robię co najmniej za dziwaka. Kto by myślał w Hiszpanii wstawać po piątej, dwie godziny przed świtem? I choć, zwłaszcza na początku, patrząc o tej porze na nieubłagany zegarek, jestem w stanie przyznać im rację, aż za dobrze wiem, że już o dziewiątej, kiedy zacznie robić się naprawdę ciepło, będę żałował, że nie wyszedłem jeszcze wcześniej albo że chociaż nie spiąłem się, żeby jak najwięcej podgonić w spokojne i rześkie nocne godziny.

Godzina pobudki pozostaje stała. Wbrew ciężkim godzinom przedpołudniowym nie przyspieszam też zbytnio tempa: wszystko ma swój rytm i nie wolno go zagubić. Tak jak te ostatnie godziny wypełnia zalane potem i oślepiające oczy nerwowe odliczanie brakujących kilometrów, tak te pierwsze, ciemne godziny rządzą się specyficzną ospałością. Trzeba pozwolić ciału stopniowo wychodzić ze stanu uśpienia. Nie gonić za wszelką cenę. W końcu stawiam moje zmysły na granicy możliwości, ograniczając im dostęp do danych. Noga po ciemku musi wyczuć kształt ścieżki, której nie zobaczą oczy. Te z kolei muszą wypatrzeć wyblakłą strzałkę, która każe zmienić kierunek, a kiedy jej brak, oszacować, którędy biegnie główna droga, nad czego oczywistością przy dziennym świetle ani chwili bym się nie zawahał.

Lubię wychodzić rano i rozkoszować się czernią nieba rozświetloną gwiazdami. Nasycać się ubóstwem detali, dawać sobie szansę skupienia się na każdym z nich. A gdy zabraknie wytrwałości do tej ascezy, dopowiadać wyobraźnią ukryte strony rzeczy spowitych mrokiem.

Ranna pobudka to oczywiście sztuka sprawnego i bezszelestnego zniknięcia ze schroniska. To przede wszystkim wymaga dyscypliny – nawet bardziej niż wprawy. Spakować cały plecak poprzedniego wieczora. Zostawić tylko miejsce na śpiwór i piżamę. Choć czasem rzeczywistość może nieco skomplikować te plany, ze swojej strony nie mogę pominąć niczego, co da się zrobić.

Ciekawe, że bardzo szybko podświadomie przestawiam się pod tę ranną dyktaturę budzika i praktycznie od drugiego dnia budzę się kilka chwil wcześniej, tak że daruję potencjalnym sąsiadom jeszcze jednego głosu. Wówczas zostaje tylko wysunąć się ze śpiwora, przebrać i po cichutku wymknąć z plecakiem i śpiworem (świetny worek na ewentualne drobiazgi) na dobrze wytłumiony grunt, gdzie już spokojnie mogę nieco głośniej dokończyć pakowanie. Dumnym, że w dużej mierze w tej uprzejmej cichości dorównuję moim koreańskim znajomym.

Ta dyscyplina oczywiście nie tylko kończy i zaczyna dzień, ale rządzi każdą jego godziną: dbać o zapas wody – nie oszczędzać okazji na napełnienie bukłaków – potem może jej nie być, a te 5 minut może uratować zdrowie; przygotować jedzenie na drogę; zatrzymać się w odpowiednim czasie; wyruszyć nie wcześniej ani nie później, niż wypada; po dojściu wziąć prysznic i od razu zrobić pranie; dowiedzieć się, gdzie i kiedy msza… Zmęczenie, choćby nie wiem jakie, nie jest wymówką, bo odrobina kompromisu może zanadto później kosztować.

W każdej z tych czynności jednocześnie nakładam na moje ciało wymagania, ale też słucham go. Szukam złotego środka między napinaniem granic i pokornym ich szanowaniem. Niby to oczywiste, że pielgrzymka kształtuje duszę. Mniej oczywiste, a jakże genialne w tej naszej powszedniej wybiórczości, jest to, że dociera do niej przez ciało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s