#Camino 02: Interludium

interludium (łac.) – 1. niewielki utwór sceniczny, o charakterze komicznym lub komiczno-satyrycznym, odgrywany w przerwach głównego widowiska; 2. wstawka muzyczna, w szczególności krótki utwór organowy grany podczas liturgii między czytanymi lub śpiewanymi wersetami hymnu, psalmu, w Niemczech — między wersetami chorału protestanckiego

Od lat fascynuje mnie idea interludium; przerywnika w powieści, spektaklu, widowisku, życiu… zupełnie niezwiązanego z główną treścią. Albo delikatnie związanego: w takiej mierze, w jakiej dla odkrycia sprzeczności konieczne jest podstawowe strukturalne podobieństwo.

Kiedy szukam jakichś przykładów, bardziej niż faustowskie korowody fantastycznych postaci czy halucynacyjne wizje powieści eksperymentalnych, przemawiają do mnie balety z XIX-wiecznych wielkich oper francuskich. Obowiązkowo w III akcie, aby podstarzali panowie z towarzystwa zdążyli spóźnić się do zarezerwowanej na cały sezon loży i uważnie wybrać tancerkę, z którą spędzą (mimo pięciu długich aktów i tak w końcu jeszcze) niekrótką noc, a może i dwie. Balety zasadniczo niezwiązane z treścią głównego dzieła, w której i tak do tej pory większość widzów zdążyła się pogubić. (Treść pretekstem dla muzyki, muzyka pretekstem dla baletu, spektakl pretekstem dla znacznie ciekawszego życia lóż i tego co potem.) W końcu nie każdy miał inwencję Meyerbeera, który wbrew zwyczajowi zdołał całkiem zgrabnie wpleść w treść Roberta Diabła kuszący balet zjaw upadłych mniszek.

Czy może zatem dziwić, że w mojej powieści nie mogłem sobie podarować okazji do wplecenia interludium? Dodajmy: wprowadzając tę strukturalną niespójność na nowy poziom. W końcu interludium spodziewalibyśmy się gdzieś w połowie utworu, a przynajmniej już po solidnie męczącej ilości rozdziałów. Tymczasem będzie prawie że na początku, oddając pierwszeństwo jedynie rozdziałowi pierwszemu, co by przedrostek „inter” miał jeszcze jakąkolwiek rację bytu.

Niech zatem kurtyna się podniesienie i w takt odgłosów nocnego Madrytu odegrane zostanie moje małe interludium!


Kładę się spać, zanim jeszcze na dobre zrobi się ciemno. Trochę zaniepokojony rozrzuconymi na pozostałych łóżkach torebkami, plecakami, klamocikami, których właściciele jak dotąd się nie pokazali i których późne przyjście może oznaczać niepożądaną pobudkę w środku tej i tak za krótkiej nocy.

Zasypiam.

Budzę się.

W cieniach i półcieniach rzucanych przez uliczną latarnię cały pokój zdaje się ruszać, płynąć, buzować. Po chwili, której potrzebują uśpione oczy by zyskać jakąkolwiek ostrość, z tych ruchów i fal wyłaniają się kształty poszczególnych postaci. Zastęp Koreańczyków krąży między łóżkami, podłogą i krzesłami.

Poczucie nierealności wzmacnia fakt, że tej bezbarwnej wizji nie towarzyszy fonia. Moi sąsiedzi wdrapują się na łóżka, sprzątają bagaże, przebierają się i szykują do snu z niespotykaną gracją – aby mnie nie obudzić. Gdy co jakiś czas mignie mi czyjaś bezimienna głowa, zamykam pośpiesznie oczy, by nie obrazić ich bezgłośnej grzeczności.

A oni kontynuują swój balet – między parterem dywanu a piętrami łóżek. Wspinają się, schodzą. Krążą, kucają. Bezbrzęcznie przesuwając garści rozsypanych na łóżkach szpargałów.

Jedna uwaga do wpisu “#Camino 02: Interludium

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s