Co powiedzieć?

Jednym z ważniejszych doświadczeń mojego pobytu w Paryżu jest możliwość i zobowiązanie codziennych kazań. Choć już wcześniej w Poznaniu prawie codziennie głosiłem, to „prawie” robi dużą różnicę. Czy się wyspałem, czy nie; czy przyszła mi genialna myśl kaznodziejska, czy zmagam się z pustynią tajemnicy Słowa, trzeba wstać, wziąć szybki prysznic i wyruszyć w drogę, aby zdążyć na poranną mszę. Czym jest dla mnie głoszenie? Co konstruktywnego jestem w stanie dojrzeć spoza wciąż obecnego niedostatku i samo-niezadowolenia?

Może mój poprzedni przeor miał trochę racji, że w pewnym znaczeniu jestem jednak nominalistą. Zgadzam się z tym o tyle, o ile zawsze towarzyszyło mi poczucie absurdu wobec wszelkich ostatecznych i niepodważalnych podziałek, definicji i list, którymi najpierw nas faszerowano, a później odpytywano na różnej maści zajęciach krążących wokół tematyki tzw. teologii pastoralnej. Proszę zatem nie traktować moich poniższych myśli jako jeszcze jednego opracowania akademickiego. Nie mam takich pretensji, a jeszcze bardziej nie widzę w tym sensu. Chciałbym jedynie, trochę wbrew sobie, podzielić się pewnymi myślami o głoszeniu i słuchaniu kazań. Potraktujcie to, proszę, bardziej jako świadectwo nowicjusza, którego główny (a może jedyny) sens w tym, żeby za parę lat do niego wrócić – westchnąć, uśmiechnąć się, zadumać.

Pierwsza i chyba najważniejsza dla mnie sprawa w głoszeniu kazań, to to, że to ja jestem ich pierwszym adresatem. Bardzo dużo uwagi zwraca się na to, by kazanie było dostosowane do adresata. I to oczywiście jest jak najbardziej słuszne. Jednak zanim nastąpi to dostosowanie, głoszone słowo musi być moje. Głoszę słowo, które mnie poruszyło. Zmagam się z nim. Nie sprzedaję jakiegoś gotowego, bezproblemowego produktu. Raczej próbuję uchylić rąbek tajemnicy, zamknąć w moich pojęciach rzeczywistość, która je przekracza. Jeśli to Słowo nie jest naprawdę moje, nie będzie niczyje.

Po drugie, trudno pominąć to, że kazanie powinno tłumaczyć Słowo. Znajduje to potwierdzenie nie tylko w naszych intuicjach, ale i w dokumentach kościelnych. Mam szukać analogii, przykładów, obrazów – wejść w świat Słowa i zaprosić do niego innych. To prawda. Jednak znowu nie obejdzie się bez dwóch doprecyzowań. Wyjaśniam Słowo doskonałe przy pomocy moich słów niedoskonałych. Nie mam Go ulepszać. Nie wyjaśniam Go, bo czegoś Mu brakuje. I ostatecznie nie mam odpowiedzieć na wszystkie pytania, doprecyzować to wszystko, co niewiadome. To słowo jest ode mnie mądrzejsze. To pierwsze doprecyzowanie, a drugie, że być może (niekoniecznie jest tu przeciwstawienie) nie tyle mam Słowo tłumaczyć, co Je głosić.

To mnie prowadzi do trzeciego punktu: moje kaznodziejstwo ma prowadzić do Boga. Chyba zbyt często dokonujemy niewłaściwego przesunięcia. Kapłani, pasterze są traktowani jako przewodnicy. W pewnym sensie jest to prawda – ale niepełna. Przewodnikiem jest Jezus (Hbr 12,2). Jako duszpasterz, kapłan mam do Niego doprowadzić. To On jest właściwym Przewodnikiem. Dlatego nie mam rozwiązywać wszystkich problemów, wątpliwości, rozterek moich słuchaczy. To prowadziłoby do jakiejś kaznodziejskiej paranoi. Jeżeli wierzę Bogu, jeżeli wierzę, że kto jest w Jego rękach, jest prawdziwie bezpieczny, cóż ja mogę ponad to ofiarować? Wskazać na Niego – On daje odpowiedź. On też dał każdemu z nas sumienie. Pójść krok dalej to co najwyżej złamać ludzi – niczego dobrego rozsądny człowiek spodziewać się tu nie powinien.

Wymieniam to jako punkt czwarty, ale przecież już o tym między wierszami wspominałem. Dobre kaznodziejstwo to kaznodziejstwo pokorne. Ta pokora jest w tym, że jestem pierwszym adresatem pouczenia, pocieszenia, przygany. Jak moi słuchacze jestem-w-braku. Pokorne jest dojrzenie, że Boże Słowo jest od moich słów doskonalsze. Choćby mnie na rękach noszono jako genialnego kaznodzieję (zdanie zdecydowanie w trybie kontrfaktualnym), jestem zawsze od Niego uboższy. Pokora w tym, że nie ja jestem przewodnikiem, w pełnym tego słowa znaczeniu. Mam wskazać i się wycofać. Tyle.

Obok wspomnianych przypadków bardzo wyraźnie, szczególnie ostatnio, widzę jeszcze jeden wymiar pokory: pokora wobec tego Słowa, które Kościół daje mi dziś. To jest Słowo skierowane do mnie i do moich słuchaczy. Ono i, chwilowo, nic innego. Jak mógłbym je pominąć? Jak mógłbym przejść obojętnie, bo jest akurat ważniejszy temat do umówienia? Bóg daje zawsze to słowo, które jest na dzisiaj najbardziej odpowiednie. Czy jestem od Niego mądrzejszy? Jak mógłbym potraktować to bogactwo jako jedynie punkt wyjścia, motto do o wiele ważniejszych rozważań? Jakby to był refren piosenki z radia czy slogan reklamowy…

Boję się, że niestety często tak się dzieje. To pokusa, z którą się zmagam. Od początku postanowiłem sobie jej nie ulegać. Mam wrażenie, że nie jest to aż tak trudne. Co to oznacza? – Pozwolić sobie na słowa nieociosane, na dzielenie się tekstem, którego sam do końca nie rozumiem, który dla mnie wciąż pozostaje otwarty, zamiast powalić kościół gładką retorycznie, chwytliwą i skończenie domówioną twórczością własną. Czasem sobie myślę (przepraszam, jeśli kogoś urażę), ile głupot na ambonie uniknęlibyśmy, gdybyśmy pozwolili sobie na pokorę wobec Słowa. Tego Słowa, które Bóg daje mi dziś, a nie tego, które akurat mi pasuje. Moje kazanie to przypisy do liturgii Słowa. Jakim prawem miałbym to Słowo przyćmić sobą?

Rozpisałem się o pokorze – zapewne nie w sposób wystarczający. Ale pozwólcie, że dorzucę jeszcze punkt piąty, który ostatnio jest dla mnie bardzo ważny. Mogę usłyszeć kazanie (cudze lub swoje), które jest interesujące i inspirujące od strony intelektualnej, mam wszelkie prawo przypuszczać, że kaznodzieja mówi z siebie, trzyma się Słowa, nie ucieka od Niego ani nie stawia się ponad Nim, wciąż jednak czegoś mi będzie brakować. Kazanie powinno mieć jeszcze wymiar nawracający. Wynika z nawrócenia kaznodziei i do nawrócenia (kaznodziei i słuchaczy) powinno prowadzić.

Nie jest wezwaniem do nawrócenia prawnicze wyrecytowanie: „musisz, możesz, nie wolno”. Do nawrócenia zaprowadzić może tylko miłość – kolejne niezamykalne w słowach. Myślę, że ten ostatni punkt wymaga dużo odwagi. Zawsze jednak prościej, gdy poprzedza ją pokora. Bez tego momentu nawracającego, kazanie będzie co najwyżej inspirującym felietonem na zadany temat. Nie wystarczy, gdy kazanie jest interesujące; nie wystarczy, gdy inspiruje. Ma nawracać.


Tutaj na dzisiaj stawiam kropkę. Pięć punktów to i tak dużo do przemyślenia. Nie stanowią na pewno zamkniętej listy. Nie chodzi w nich też o pouczenie. Raczej świadectwo mojego mniej lub bardziej udolnego zmagania się ze Słowem i zadaniem właściwym mojego Zakonu, jakim jest Jego głoszenie. Więcej pewnie było tu niedomówień niż precyzji. Kto inteligentny, resztę sam sobie dopowie.

 

2 uwagi do wpisu “Co powiedzieć?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s