Smoki i rycerze

Wahałem się, uczciwie to przyznaję, czy pisać. Temat, który chciałbym podjąć bardzo łatwo bowiem wpisać w dogodny kontekst polityczny (i zauważmy tu, że chodzić może i o wielką politykę, i tę lokalną czy wręcz – domową). W końcu, jak się okaże, temat dotyczy polityki i taki będzie punkt wyjścia… ale nie – dojścia. Proszę Cię więc, Czytelniku, o cierpliwość przeczytania tego tekstu do końca i niewyciągania pochopnych wniosków przed ostatnią kropką. A potem pozwól sobie na luksus wstrzymania się z opinią przez kolejne pół godziny. Mi z reguły ta dieta służy. Liczę, że będzie tak i tym razem.

Do pisania sprowokowały mnie czy raczej prowokowały i wciąż prowokują różnej maści deklaracje (eksklamacje?) mniej i bardziej znajomych w przestrzeni wirtualnej. Pewnie, gdyby chodziło o kogoś, kogo osobiście nie znam, wzruszyłbym ramionami – widać: taki dziwak. Jednak, gdy chodzi o ludzi, których (przynajmniej w teorii) znam trochę lepiej, wobec czego trudno mi jest przejść obojętnie, pojawia się niepokój, że granica irracjonalności leży o wiele bliżej, niż byśmy chcieli.

Wciąż jednak, nieśmiało zataczając kolejne kręgi dookreśleń, nie napisałem, o jakie właściwie wypowiedzi mi chodzi. Otóż na przykład ktoś o poglądach raczej prawicowych, komentuje X-ińskiego, który ma tego pecha, że nie jest aż tak na prawo jak on (choć wciąż bliżej prawa niż środka): „To przecież stary lewak!”. Ktoś inny, o poglądach raczej lewicowych, podsumowuje Y-owskiego, który (o zgrozo!) nie we wszystkim się z nim zgadza: „To stary faszysta”. A ja znam i X-ińskiego, i Y-owskiego, i widzę, że ten pierwszy raczej jest z prawa, a drugi – z lewa, choć nie tak zapamiętale, jak jego krytyk.

IMG_0324

Pierwsza myśl (niech profesjonalni psycholodzy mi wybaczą): Czy nie chodzi o jakąś wewnętrzną potrzebę heroizacji świata, w którym żyję? Mój przeciwnik nie jest po prostu nieudolny i nie popełnia błędów. Robi to specjalnie. Jest zły do granic możliwości. Złośliwy. Niebezpieczny. Diabeł wcielony. Potrzebuję silnego oparcia w przeraźliwym i zdradzieckim wrogu, aby na tym oporze (jeśli nie na chwalebnym zwycięstwie) zbudować moją tożsamość. Wreszcie znalazłem moje powołanie i źródło sławy: będę rycerzem polującym na smoki.

DSC_0752

Oczywiście można to wszystko złożyć też na karb internetu. Przestrzeń wirtualna, z czego niestety za rzadko zdajemy sobie sprawę, jest przestrzenią silnie okrojoną. Choć coraz bardziej się to zmienia, wciąż pierwszym środkiem przekazu są słowa, dalej (coraz silniej) obraz i dopiero na dalszym miejscu dźwięk. To dość wąski wycinek narzędzi do komunikacji. W sytuacjach codziennych mamy przecież do dyspozycji i intonację głosu, i całą mowę ciała. To one odpowiadają za przekaz emocjonalny, który nie jest bynajmniej lichym dodatkiem, ale pierwszą płaszczyzną odbioru komunikatu. Emocje przekazujemy sobie, zanim pojawią się słowa. To one niosą wartość energetyczną wypowiedzi, a gdy energia ta osiąga poziom krytyczny, bez problemu zagłusza jakikolwiek przekaz merytoryczny.

Internet pozbawia nas ważnych kanałów ważnej części wypowiedzi. Cóż się zatem dzieje? – Tę rolę muszą przejąć, najlepiej jak się da, ale wciąż niezręcznie, słowa. Stąd większe zagęszczenie wyrazów silnie wartościowanych (takich, które spontanicznie wywołują w nas określone, pozytywne lub negatywne, emocje) i oczywiście ukochane przez internet hiperbole. Dobrze, gdy jesteśmy tego świadomi. Nawet jednak wówczas, gdy znamy ów mechanizm, bardzo łatwo dajemy się „wpuścić w kanał”. Rozkręcamy się w bombardowaniu klawiatury hiperbolami i miotamy się na taborecie, czytając wypowiedzi innych.

DSC_0767

Można by w tym miejscu zakończyć. Ale przecież to nie koniec. Te hiperbole nosimy w sobie i zaczynamy w nie wierzyć. Bardzo łatwo przy tym dołożyć sobie szlachetną motywację: świat jest czarno-biały. Tak-tak, nie-nie. Prawda-fałsz. Tertium non datur. Postulaty, by cieniować rzeczywistość, wywołują gęsią skórkę: toż to to obrzydliwe słowo na „r” – relatywizacja.

Otóż śmiem twierdzić (i coraz bardziej się w tym utwierdzam), że jest wprost przeciwnie. Rzeczywistość JEST różnorodna. Gdy tę różnorodność próbujemy wtłoczyć w ubogą klasyfikację (nawet bez całej wspomnianej otoczki emocjonalnej), siłą rzeczy dewaluujemy słowa. Jeśli określenie zarezerwowane dla ekstremum z powodzeniem mogę zastosować na dowolnym punkcie skali (poza przeciwnym ekstremum), przestaje ono cokolwiek znaczyć. Słowa oddzielają się od znaczeń i mogę je dowolnie przenosić. Faszystą będzie i ten, kto zwróci uwagę, że przed przyjęciem uchodźców, warto wstrzymać się by sensownie przemyśleć, jak to najlepiej zrobić, ale i ten, kto będzie z kijem bejsbolowym okładał przechodnia o nieco ciemniejszym odcieniu skóry. Lewaczką będzie feministka domagająca się nieograniczonego prawa do aborcji na życzenie i jej sąsiadka, która zwróci uwagę na to, że może niekoniecznie obrzucanie koleżanki błotem jest najlepszym sposobem na walkę w obronie życia. Znawca logiki bez trudu zauważy tu pomylenie relacji sprzeczności i przeciwieństwa (niby podstawy…).

Dlatego to właśnie cieniowanie języka, poszukiwanie subtelności, cierpliwe niepoddawanie się pokusie uproszczeń służyć będzie wyostrzeniu (tj. sprecyzowaniu) naszej diagnozy. A ta może nas sporo zaskoczyć. Okaże się bowiem, że osławione przepaści nie do pokonania, nie są aż tak głębokie i można je wziąć drobnym krokiem. Owszem, niekoniecznie na końcu tej żmudnej pracy otrzymamy slogan do wstawienia na Facebooka, który polubią tysiące (chciałem napisać „za którym pójdą tysiące”, ale dziś chyba już nikt nie chodzi, wszyscy siedzą-przed). Tylko, że według sloganu nie da się żyć. Nieraz już próbowano…

DSC_0745

Nie mam złudzeń. Może to małoduszność, ale trudno wyobrazić mi sobie społeczeństwo krytycznych analityków. Mogę wołać o obowiązkowy rok filozofii w liceach (jak we Francji czy Hiszpanii), ale od wołania do zmiany droga daleka. Ilu nauczycieli dobrze przygotuje się do zajęć? Ilu uczniów rzetelnie wysłucha i wprowadzi w życie? A co z lwią częścią społeczeństwa, która edukację podstawową szczęśliwie ma już za sobą? W takie cuda nie wierzę. Choćby jednak było w nas ciut więcej chłodnego oglądu rzeczy. Choćbym zaczął od siebie. Zrobił trzy oddechy i z dystansem jeszcze raz zważył słowa. Czy rzeczywiście „zawsze…”, „nigdy…”, „absolutnie…”, „wcale…”? Czy w istocie moja sytuacja to totalna ruina? Czy mój plan i jego wykonanie są skończenie genialne? Wnioski niekoniecznie będą wygodne dla mnie. Cóż począć? – Dziel (słowa) i rządź – sobą!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s