Słońce!

Teresa z Lisieux wspomniała w Rękopisach autobiograficznych, że tak jakoś zawsze się w jej życiu składało, że w chwilach przełomowych pogoda (czasem nieco wyprzedzając zdarzenia) idealnie oddawała jej stan ducha. Daleko mi do świętej nie tylko pod tym względem, ale dziś rzeczywiście paryska pogoda oddaje mój stan ducha. Po powrocie z szalonego weekendu w Krakowie, stolica Francji przywitała mnie niesamowitym słońcem. To jeden z tych dni (kto mieszkał w Paryżu, zrozumie, o co mi chodzi), gdy całe miasto zdaje się prześwietlone promieniami słonecznymi.

Co mnie w taki nastrój wprawiło? O ironio, źródeł tej radości trzeba szukać właśnie w tych 3 dniach w pochmurnym z reguły, nisko-ciśnieniowym Krakowie. Postanowiłem jakoś uporządkować to doświadczenie i stworzyć na swój użytek małą listę weekendowych dobroci. A zatem:

  • Już na samym początku dostałem długo wyczekiwaną wiadomość od kuzyna, że wreszcie urodził mu się drugi syn. To „wreszcie” jest jak najbardziej na miejscu, bo Staś przeciągał wszelkie wyliczane skrupulatnie terminy i chyba każdy się już trochę tym niepokoił.
  • Byłem (i głosiłem słowo) na ślubie znajomych. Podzielam zdanie mojego współbrata, Erika i też bardzo lubię śluby. Uzupełniłbym tylko: bezpretensjonalne śluby. A to był jeden z takich! Młodzi byli sobą. Nikogo nie grali. Każdy element zarówno oprawy mszy, jak i późniejszego obiadu był „ich”. Modlili się, śmiali, mówili od serca, bez okrągłych słów – szczerze. Do tego okazało się, że mają fenomenalną rodzinę i przyjaciół. Widać, że nie wzięli się znikąd.
  • Przy okazji na horyzoncie pojawiły się widoki na kolejne śluby wśród przyjaciół, a to zawsze dobrze nastraja (szczególnie, gdy widać, że poznane „drugie połówki” są nie tylko równie bogate, ale i dopasowane).
  • Miałem okazję do niezliczonych i zupełnie niezaplanowanych wcześniej spotkań i rozmów, szczególnie z moimi braćmi. Nie wiem, czy mają tego świadomość, ale ja autentycznie się karmię ich bogactwem. Widząc, ile mają talentów, przeżyć, doświadczeń, jak współpracują z Panem Bogiem, przeżywają czasem trudności, ale nie „butwieją” nimi zalani, tylko pozwalają w nich kształtować się dobru, nabieram sił na moje trudne chwile. Szczególnie myślę tu o braciach, którzy jeszcze są w formacji, czyli przygotowują się do złożenia ślubów wieczystych i przyjęcia święceń kapłańskich. Codzienne, zupełnie nieefektowne ślęczenie nad książkami i artykułami, chwilowo bez widocznych efektów (za pisanie czegokolwiek zabiorę się najwcześniej po nowym roku) wymaga nie lada motywacji. Co to zmieni, czy przeczytam dziś te kilka stron więcej czy mniej? Czy jakiś w ogóle pożytek z tego czasu poza subtelnym powiększaniem wiedzy? Perspektywa współbraci, do których za parę lat wrócę, aby przekazywać tę wiedzę dalej, ich zapał, gorliwość, ciekawość i wdzięczność, trzymają mnie przy biurku znacznie silniej, niż jakikolwiek łańcuch, który może nieraz by się przydał (tylko co wtedy z moimi spacerami?)
  • Do tego jeszcze parę spotkań ze studentami, wychowankami, absolwentami, znajomymi. Nieraz „świadkowałem” ich zmaganiom. Przyjemnie jest zobaczyć, jak dobrze dają sobie radę i że czas nagradza wysiłek dobrymi owocami.

To oczywiście niepełny obraz. Bo pośród różnych rozmów, spotkań, zasłyszeń, pojawiały się i tematy trudne. Te również zabieram ze sobą do Paryża, aby powierzać je Bogu. Tyle mogę. Wiem równocześnie, że jeśli znajduję siły do towarzyszenia nie tylko w chwilach łatwych, ale przede wszystkim trudnych, to właśnie dzięki tym dobrym. Dlatego nie oszczędzam czasu na spisywanie moich przelotnych list radości. I często wracam do nich.

Wiecie co jeszcze jest w tym cudownego? Że jakkolwiek emocjonowalibyśmy się ostatnimi wyborami: cieszyli lub rozpaczali, to nikomu z tych wspaniałych ludzi radości nie odbierze porażka polityczna, z drugiej strony nawet największe zwycięstwo ulubionej partii ani nie było ich źródłem, ani nie mogłoby się z nimi równać (zakładam, że bohaterowie moich przemyśleń mogą reprezentować całe bogactwo naszych partyjnych podziałów).

Spierajmy się o sprawy polityczne – w tym stopniu, w jakim wynika to z troski, by realnie było (nie mi, ale:) nam wszystkim lepiej, oraz (po drugie!), w sposób, który realnie sprzyja tej poprawie, a nie poszerza frustracji. Nie pozwólmy jednak sobie, aby „wielka” polityka tak zasłoniła nam świat, by unieważniła nasze małe – największe radości!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s