Pocztówka z wakacji (5) – Kaukaz południowy

Od kilku tygodni zbieram się, żeby jakoś podsumować tę jedną z najbardziej niezwykłych podróży – nie tylko tych wakacji. Już na miejscu medytowałem przestrzeń, spotkania, osoby, próbowałem jakoś ubrać to wszystko w słowa. Wciąż jednak wydaje mi się, że nie wszystko leży jak ulał, wciąż trochę to niedopasowane. Pomny jednak innych, odłożonych na później tematów, które pewnie nigdy już nie ujrzą światła dziennego, zabieram się do tych paru niezgrabnych akapitów – raczej impresji niż podsumowania.

Sighnaghi

A zatem: 2 tygodnie w połowie września w Gruzji i Armenii z moimi wychowankami z Poznania. Bardziej zerknięcie za Kaukaz niż smakowanie – do tego potrzeba by i więcej czasu, i pieniędzy. Wobec tego zamiast szalonego rajdu wzdłuż i wszerz rzeczonych krajów, zdecydowaliśmy się na pchle skoki. Stąd nie bez powodu porządkuję sobie jakoś ten czas, jak wizytę w pięciu światach. Nieodległych, a jednak bardzo różnych.

IMG_0541

Kaukaz

Od niego zaczęliśmy. Groźny, dziki, monumentalny. Strome ściany wyrastają praktycznie znikąd. Sznur ciężarówek wzdłuż wijącej się od przełęczy drogi przypomina, że tylko kilka kilometrów dzieli nas od granicy z Federacją Rosyjską. Ale poza tym jakoś trudno w to uwierzyć. Wrażenie to pogłębia fakt, że 60% spotykanych turystów mówi po polsku. Drugą grupę stanowią Żydzi z Izraela. Kazbegi (oficjalna nazwa to dziś Stepancminda, ale poza poprawnymi politycznie turystami nikt jej nie używa) – baza wypadowa na Kazbeg, gdzie miał wisieć Prometeusz, zdążyła się już skomercjalizować. Owszem, warunki wschodnie, ale ceny coraz mniej. I to samo co na południu: czujesz się przerzucany jak worek ziemniaków z jednej marszrutki do drugiej, od taksówkarza do gospodarza, sklepikarza po restauratora – oczywiście ze sporym ubytkiem w portfelu. Nazywa się to podobno troską o gościa. W momencie gdy proponowane opłaty kilkukrotnie przewyższają ceny rynkowe, widzę w tym raczej szachrajstwo. Ale spryt wszak jest cnotą Wschodu.

Kazbeg (5033 m. n.p.m.)
Kazbeg (5033 m. n.p.m.)

Kachetia

Kilkaset kilometrów na południowy-wschód. I kilkanaście, kilkadziesiąt stopni różnicy. W górach w nocy temperatura spadała do kilku stopni. Tutaj jest koło trzydziestu. Spędzamy 2 dni Sighnaghi, urokliwym miasteczku, otoczonym długimi murami, które w sposób oczywisty kojarzą mi się Ávilą. Kilka lat temu zostało gruntowanie odnowione (przynajmniej jego centralna część) i teraz kusi turystów, jako miasto zakochanych i Italia Kaukazu. Świetne miejsce na odpoczynek po części górskiej. No i dodajmy, że to jeden z regionów winnych. Wino można kupić na zabudowanym bazarze, choć lepiej popytać u gospodarzy. W co drugiem domu można nabyć domowej roboty napój. Jedyny mankament, że w większości to wina słodkie, ale jak ktoś lubi…

Sighnagi
Sighnagi

Step

Południowa granica z Azerbejdżanem. Kaukaz namalowałbym kolorem szarym. W Kachetii rządzi ciemna, pełna zieleń. Tutaj – wyschnięta żółć. Zatrzymujemy się na 3 dni w Udabne – poradzieckiej miejscowości w środku stepu. Do najbliższej osady 30 kilometrów. Rosjanie wymyślili, że zbudują na środku stepu wielką pompę i założą miasto. Jeden z wielu eksperymentów. Mieszkańców przesiedlili przymusowo z kaukaskiej Swanetii. Górali – na równinę. Nic dziwnego, że po odzyskaniu niepodległości większość z nich się stąd wyniosła. Zresztą pompa i tak przestała działać. Zostały po nich puste domy (wszystkie jednakowe, z pustaków).

IMG_0561

Trochę rodzin jeszcze żyje na tym cmentarzysku betonowych kikutów. Poza nimi stada wałęsających się bez ograniczeń świń i krów. No i bar oraz hostel, który prowadzi grupa Polaków. Właściciel krąży między Udabnem a Tbilisi, gdzie również prowadzi bar. Na miejscu pracują sezonowo (czasem sezon trwa rok) Polacy, których różne wiatry przywiały tu na jakiś czas. Trudno nie zakochać się w tej ciszy i beztroskim stanie nic-nie-dziania-się. Zostajemy zatem nie dzień, ale trzy.

Dawidgaredża
Dawidgaredża

Tbilisi

Kolor? Ceglasty. Miasto, które mnie urzekło. Owszem, że zaniedbane. Kilometrami wzdłuż i wszerz ciągną się zapuszczone, ceglane kamienice (jakby ktoś przeniósł i zmultiplikował tu starą, warszawską Pragę), skrywające sekrety na ocienionych podwórkach. Gdzieniegdzie nowsze budynki, część – awangardowych. Mnie jednak bardziej pociągają te stare – autentyczne, z historią, z nie-plastikowymi ludźmi za firankami.

Miasto powstało wokół gorących, siarkowych źródeł. Jeśli jest się odpornym na ból estetyczny, warto zajrzeć do miejskich łaźni. Poznawczo – ciekawe. Powinienem się po tym ponoć czuć jak nowo narodzony. Załóżmy, że tak było, choć przyczepił się do mnie silniej mdławiący zapach związków siarki, tak że do końca dnia nie byłem w stanie nic przełknąć.

IMG_0592

Co mnie uderzyło? Żebracy. Niby są wszędzie. W Paryżu nawet więcej niż w Warszawie. Tylko tak jak w Europie dominują zaniedbani mężczyźni (często dość młodzi) albo cygańskie matki i dzieci, tak tutaj żebrak ma twarz starszej kobiety. I to jest o wiele bardziej bolesne. Zapewne całe życie przepracowała. Owdowiała? Dzieci wyjechały? Za nędzną emeryturę nie jest w stanie wyżyć i po kilkudziesięciu latach pracy, znowu co rano wychodzi z domu, ale tym razem na ulicę. Dać jej kilka groszy? Czy dałbym kilka groszy moim dziadkom – to wszystko czego potrzebujesz, idź sobie? Niesprawiedliwość nie nasza, obca, cudza, której w żaden sposób nie jestem w stanie naprawić. I pewnie nikt tego ode mnie nie żąda. A boli.

IMG_0596
Nowa katedra w Tbilisi

Armenia

Piąty świat. Krótko, bo spędziliśmy tu tylko 3 dni. Najpierw (i na koniec) przeprawa przez górskie serpentyny i ciemne, pozbawione asfaltu tunele, gdzie przy każdym wertepie dziękowałem Bogu, że wypożyczyliśmy samochód z wysokim zawieszeniem i solidnymi resorami. Potem zagubione w górach monastyry i kościoły. Niedzielna liturgia w Eczmiadzynie – ormiańskim Watykanie. Erywań, u stóp (tureckiego, o zgrozo!) Araratu – w odróżnieniu od Tbilisi – bez ducha. Obok sowieckich, betonowych osiedli, nowsze, „europejskie” pasaże handlowe. Równie dobrze mogłaby to być Moskwa, Berlin czy Ankara. Nowoczesne, świecące się – bez tożsamości.

IMG_0603
Sevanavank

Jednak ostatecznie nie w bieli Erywania, zieleni górskich serpentyn czy czerni kościołów zapamiętam ten piąty świat, ale w ciemnym, głębokim błękicie jeziora Sewan. To jeden z najwyżej położonych akwenów na świecie (1899 m. n.p.m.) i zajmuje 1/6 powierzchni kraju. Spędziliśmy nad nim dwie noce. Budziło nas rannymi mgłami, a spać kładło na grafitowo z należnym, eksponowanym miejscem dla przybierającego z nocy na noc w kształty księżyca.

IMG_0619
jezioro Sewan

Jako uzupełnienie polecam:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s