Teodora

Jadąc w ostatni wtorek „szóstką” do Théâtre des Champs Elysées (i podglądając, jak zwykle, przez okna paryżan szykujących się do kolacji), myślałem sobie, że przedstawienie, na które się wybieram, będzie dość wyjątkowe. Nie tylko dlatego, że jak zwykle zaplanowano tylko kilka spektakli i trudno było dostać bilety. Również nie tylko dlatego, że to właściwie nie opera, ale oratorium i jako takie rzadko bywa wystawiane. Myślałem przede wszystkim o tematyce, nie łatwej na gruncie francuskim. W końcu Teodora Haendla to opowieść o prześladowaniu chrześcijan i dosyć osobliwy w laickim kraju apel o tolerancję.

Patrycjuszka, Teodora (zjawiskowa Katherine Watson) odmawia złożenia pogańskiej ofiary na cześć Dioklecjana. Zostaje aresztowana i, jeśli się nie ugnie, ma być zgwałcona przez żołnierzy. Zakochany w niej żołnierz, Didymus (Philippe Jaroussky w nowej roli), potajemnie ochrzczony, postanawia jej pomóc. Gdy wszystko inne zawodzi, zajmuje jej miejsce w więzieniu i pomaga uciec. Gdy Teodora dowiaduje się, że po ucieczce wyznaczono jej karę śmierci, a nie gwałtu, zgłasza się, żeby ocalić życie ukochanego. W finale jednak giną oboje.

teodora4
Fot. Vincent Pontet

Parę głównych bohaterów dopełniają 3 postaci: władca Antiochii, Valens (Callum Thorpe – rewelacyjne odkrycie, warto śledzić jego karierę) oraz przyjaciele zakochanych, Irene (Stéphanie d’Oustrac – wspaniały mezzo-sopran) i Septimius (najsłabszy z obsady tenor Kresimir Spicer). Irene przewodzi grupie chrześcijan, jest nauczycielką, odpowiedzialną we wspólnocie, ale zabraknie jej odwagi, żeby pójść w ślady przyjaciółki. Septimius to z kolei poganin, ale domaga się tolerancji dla chrześcijan. Piątka bohaterów wraz z podwójnym chórem (rzymian i chrześcijan) prezentuje różnorodność postaw wobec prześladowania.

Fot. Vincent Pontet
Fot. Vincent Pontet

Inscenizacja pozbawiona została oprawy historycznej. Choć kostiumy są współczesne, reżyser nie zdecydował się jednak wpisać akcji w jakiś konkretny kontekst czasu i miejsca. I jest to duży plus tej inscenizacji: prostej, symbolicznej, a więc i uniwersalnej. Rzymianie ubrani w eleganckie kreacje, z ekstrawaganckimi fryzurami to pretensjonalna grupa obserwatorów. Robią to, czego wymaga od nich władza, w zamian za co mają spokój i dostatnie życie. Chrześcijanie wyglądają przy nich blado, ale nie jest to bynajmniej biel. W końcu im też zabraknie odwagi, aby ochronić Teodorę. Oczywiście jest to konsekwencją kompozycyjnej roli chóru, który jak w greckiej tragedii występuje nie tyle jako samodzielny bohater, ale – komentator wydarzeń. Punkt jednak dla reżysera, który wykorzystał ten motyw dla pokazania jeszcze jednej możliwej postawy wobec prześladowań: biernej racji.

teodora5
Fot. Vincent Pontet

Inscenizacja rozpoczyna się od egzekucji chrześcijanina (w poszanowaniu klasycznej estetyki, wszelkie sceny przemocy i gwałtu odbywają się poza sceną). Po chwili na jednej ze ścian pojawia się jego skserowane zdjęcie. Tych zdjęć będzie więcej i, jak można się domyślić, do końca oratorium dołączą do nich podobizny głównych bohaterów. Prosty pomysł – a niezwykle przejmujący. Trudno nie myśleć o współczesnych męczennikach. Może właśnie dlatego dyrygent (jeden z najlepszych specjalistów od Haendla, William Christie) poprosił na początku widownię o nie przerywanie przedstawienia oklaskami – z szacunku dla tematyki utworu. W oratorium chodzi bowiem o coś więcej niż proste przeżycie estetyczne.

Od jakiegoś czasu zbieram myśli i materiały do tematu badawczego dotyczącego sztuki i sacrum (przede wszystkim w interesującej mnie najbardziej: muzyce i teatrze). Może za jakiś (raczej dłuższy) czas moje luźne refleksje przybiorą konkretną formę wyrazu. Na razie zajmuję się tym przede wszystkim dla siebie. Myślę, że ten spektakl dość celnie omija pułapki, na które narażona jest sztuka chcąca wyrazić sacrum: zachowując wysoką jakość, nie zatrzymuje się na doznaniu estetycznym; z drugiej strony unika hagiograficzno-jarmarcznej dosłowności. Ktoś w jednej z recenzji zarzucił, że za mało tu chrześcijaństwa w chrześcijaństwie. Myślę, że zatrzymując się na dosłowności, przeoczył całe bogactwo inteligentnie wplecionych symboli. Nieoczywistych – to znaczy dających do myślenia. Jak w przepięknym chórze He saw the lovely youth, kończącym drugi z trzech aktów, a będącym ewangeliczną opowieścią o wskrzeszeniu młodzieńca z Nain. Didymus czyta w więzieniu ewangelię. Chór śpiewa jej słowa. I w tym czasie niespodziewanie miejsce młodzieńca w celi zajmuje jakiś inny mężczyzna. Opowiadana historia nie ogranicza się do jakiegoś tam chłopaka, który z miłości do jakiejś tam dziewczyny idzie za nią na śmierć. Za wszystkim stoi bowiem Chrystus, który wchodzi w miejsce człowieka, aby, przyjąwszy jego karę, ocalić go dla życia. Tego Haendel łopatologicznie nigdzie nie wykłada. Nie dodaje przypisów. Jeśli ktoś tak jak on żyje ewangelią i do tego myśli trochę, to właściwie odczyta kod kompozytora i mrugnie porozumiewawczo okiem. Stąd mój szacunek dla reżysera, Stephena Landgridge’a.

THEODORA -
Fot. Vincent Pontet

Do połowy marca przedstawienie można obejrzeć w internecie legalnie i za darmo: concert.arte.tv

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s