Po ludzku

Tydzień temu miałem okazję poznać Francję z nowej strony. Zaczęło się prozaicznie. Popołudniowa sesja „naczytywania” materiałów w ramach wstępnej kwerendy do doktoratu. Przerwa czy może koniec zajęć w pobliskim liceum, co w przypadku ładnej pogody równa się dość uciążliwym hałasom pod moim oknem. Tym razem hałasy musiały być głośniejsze niż zazwyczaj (zdecydowania jednak koniec zajęć, a nie przerwa), więc nie pozostało mi nic innego, jak zamknąć okno i pozwolić uwieść się autoperswazji, że rzeczywiście jest ciszej. Musiałem nieco mocniej pchnąć moje wielkie, funkcjonalistyczne (ale ani trochę funkcjonalne) okno albo zamykałem je o ten jeden raz za dużo, bo po chwili zorientowałem się, że coś jest nie tak. Na podłodze rozsypane szkło, a w szybie dziura. Czuję jak mi się gorąco – adrenalina zaczyna działać. Pełen obaw wychylam się: Czy nikogo nie trafiło? Nikogo. Potem szybka refleksja, komu mam zgłosić wypadek. Biorę klucze i już wychodzę z celi, kiedy kątem oka zauważam, że musiałem się chyba lekko drasnąć, bo na dłoni mam czerwoną plamę. Po chwili dopiero łączę fakty w jedną całość. Na podłodze jest plama. To nie draśnięcie, bo spod zimnej wody krew cały czas cieknie. Większość szkła poleciała na mnie, więc byłoby dziwne, gdyby nic mi się nie stało – życie to nie film.

Parę godzin później, kiedy już odejdzie kryzys postadrenalinowy, wreszcie wiążę ze sobą wszystkie fakty i dochodzę do wniosku, że w porównaniu z tym, co mogło się stać, ostatecznie jednak nic się nie stało. Pierwsza rzecz, że nikogo nie zabiło. Większość szkła rzeczywiście, zgodnie z prawami fizyki, poleciała do środka. Ale nawet mały kawałek, spadając z czwartego piętra mógł kogoś, jeśli nie zabić, to co najmniej porządnie poranić. Tym razem nikt nie siedział pod moim oknem: złota, paryska młodzież wyjątkowo stała po drugiej stronie uliczki. (Może nie zdążyli się jeszcze przemieścić pod ukochany kawałek muru pode mną). Po drugie, szkło, które poleciało na mnie wytłumiła w większości firanka (Obywatele i Obywatelki, nigdy nie rezygnujcie ze starych, sprawdzonych firanek!). Po trzecie, ucierpiała lewa dłoń (jestem praworęczny). I to na szczęście powierzchownie: nerwy bez uszczerbku. Skończyło się na trzech szwach.

© Jacques Boyer / Roger-Viollet
© Jacques Boyer / Roger-Viollet

Ale nie o szwach i o sobie samym chcę tutaj pisać, tylko o francuskiej służbie zdrowia, którą przy tej okazji mogłem poznać. Co mnie urzekło? Humanizm. Mój niezawodny (i zawsze na miejscu) współbrat Jacques Courcier zawiózł mnie na pogotowie do szpitala, obok którego codziennie przechodzę, wracając z mszy u nazaretanek. Jakiś czas temu zwróciła moją uwagę oryginalna inicjatywa. Na ogrodzeniu zawisły portretowe zdjęcia pracowników: od księgowych i kierowców, przez położne, pielęgniarki i lekarzy. Przekaz był jasny: jesteśmy ludźmi i potraktujemy cię po ludzku.

IMG_0202

Przekaz przekazem, ale jak ma się to do rzeczywistości? Może to napompowana reklama, za którą w najlepszym wypadku stoi myślenie życzeniowe? Nic z tych rzeczy! I nawet nie chodzi tu o czas oczekiwania i biurokratyzację w rejestracji (5 minut, trzeci w kolejce; proszę wypełnić, to co pan wie, z resztą sobie jakoś poradzimy) czy pierwszą pomoc pielęgniarki (poniżej 15 minut czekania na dezynfekcję i opatrzenie rany). Zniósłbym to, gdybym musiał czekać dłużej (zresztą i tak spędziłem na pogotowiu dobre 2 godziny). Chodzi natomiast o to, że nikt na nikogo nie krzyczał. Nikt nie zakładał, że mam wlaną wiedzę o tym, jak funkcjonuje izba przyjęć, i tylko z głupoty lub złośliwości nie zachowuję się tak, jak przewidują procedury. Od ochroniarza, przez rejestratorki, pielęgniarkę, lekarza i kilkanaście innych osób, które spotkałem, dla wszystkich było jasne, że jako pacjent:

  • nie jestem niegrzecznym dzieckiem, które coś zbroiło i teraz ktoś musi mi naprawić organizm, którym nie potrafię się dobrze posługiwać;
  • choć nie mam wiedzy medycznej, jestem osobą, która mimo wszystko najlepiej zna swoje ciało i jeśli mnie boli, jeśli się źle czuję, to tak jest;
  • mogę być w szoku, a więc zapominać o oczywistościach, gubić słowa, rzeczy, cierpliwość;
  • niezależnie od podpunktu procedury mogę właśnie w tej chwili potrzebować pójść do toalety albo napić się wody i jeśli nie ma realnych przeciwwskazań, to każdy czas jest dobry by te potrzeby zaspokoić;
  • mam prawo wiedzieć przynajmniej, jak się nazywa człowiek, któremu powierzam moje ciało, jaką pełni funkcję i co będzie mi robił (mam też prawo nie chcieć słyszeć tych informacji);
© Jacques Boyer / Roger-Viollet
© Jacques Boyer / Roger-Viollet

Te listę można kontynuować. Można by ją też rozszerzyć o troskę wobec rodziny chorego. Z przyjemnością obserwowałem w poczekalni pielęgniarkę oddelegowaną do kontaktu z rodzinami i pacjentami czekającymi na lekarza. Kobieta w średnim wieku podchodziła po kolei do każdego. Do starszej pani, której mąż poważnie się potłukł, mówiła jak do swojej mamy: nie tylko o stanie zdrowia chorego, ale i o rzeczach prostych i błahych jak przepisy na domowe ciastka, tak żeby uspokoić kobietę; mąż jest już w rękach specjalistów, czas pomyśleć trochę o sobie.

© Roger-Viollet
© Roger-Viollet

Spotkałem w Polsce wielu świetnych, ludzkich lekarzy i studentów nauk medycznych. Byłoby więc niewdzięcznością wylewanie teraz na nich pomyj i opiewanie francuskiej służby zdrowia. Coś jednak jest na rzeczy, że mimo całej tej rzetelności i etyczności konkretnych ludzi, być może od strony systemowej wciąż jeszcze pacjent bywa traktowany jak rzecz, a nie człowiek. Może miałem pecha, kiedy w jednym z warszawskich szpitali kazano mi ze złamaną nogą pokuśtykać na drugi koniec skrzydła i potem po schodach do piwnicy, żeby zrobić rentgen (nie zaproponowano ani pomocy, ani wózka, laski czy choćby windy). Albo kiedy z powodu braku w papierach (możliwych do uzupełnienia następnego dnia) nie można było zarejestrować/przyjąć pacjenta (w końcu „wdarliśmy” się bezprawnie do gabinetu – na szczęście lekarz okazał się przytomny i nie kontynuował gry w absurd). Na pewno też część z francuskich rozwiązań nie jest spontanicznych, ale narzuconych odgórnie jako standardy. Tylko dlaczego w jednym wypadku standardowo traktowany jesteś jak rzecz, a w drugim – jak człowiek? I tu i tam lekarze, pielęgniarki i rejestratorki pozostają ludźmi: raz z większą, a raz z mniejszą dozą empatii, zdrowego rozsądku i żelaznych nerwów. Złe standardy lub ich brak skutecznie zneutralizują wszelki heroizm człowieczeństwa. Dobra organizacja, kodeks etyki szpitalnej, system pracy może pomóc uzupełnić naturalne, ludzkie braki. Francuzi wypracowywali, wykłócali, wykuwali te standardy dobre kilka dekad. Marzy mi się, żeby w dyskusji o służbie zdrowia w Polsce nie dominowały kwestie finansowe (ile dodać, odciąć, zabrać, podnieść). Żeby przed księgowymi miejsce zajął w nich człowiek.

© Roger-Viollet
© Roger-Viollet

Jedna uwaga do wpisu “Po ludzku

  1. Nic dodać nic ująć, każde doświadczenie jest pomocne, mam nadzieję , że dziś z Twoją ręką wszystko w porządku, i możesz bez przeszkód cyzelować swoje myśli. Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s