Smak jezuity

Na wstępie chciałbym uspokoić zaniepokojonego Czytelnika. To nie tytuł horroru czy (broń Boże!) erotyku. Niniejszy wpis dotyczy kwestii kulinarnych. Pretekstem stał się zeszłotygodniowy deser: ciasteczka o wdzięcznej nazwie jesuitas.

Historia z tą nazwą jest nieco zawiła. Chodzi bowiem o niewielkie ciastko na bazie ciasta francuskiego ze słodkim farszem i migdałami. Przepis przywieźli z Europy do Ameryki Południowej jezuici i stąd popularna nazwa, która wtórnie powróciła do Hiszpanii i zadomowiła się na dobre. W północnej Argentynie, gdzie deser jest szczególnie popularny, występuje w różnych formach, również na słono. Na półwyspie iberyjskim nazwa zarezerwowana jest dla wersji słodkiej. Niestety nie udało mi się zrobić zdjęcia, ponieważ bracia z iście kanibalistycznym apetytem rzucili się na jezuity (tak to chyba należy odmieniać) i z trudem udało mi się wyszarpać mój kawałek.

Mowa o jezuitach, ale przecież na dobrą sprawę to nie jedyny specjał  z zakonem w nazwie. Wielbiciele likierów dobrze znają ziołowy Chartreuse (kartuzi) czy wywodzącą się z Normandii, a od kilku lat dostępną w wersji polskiej benedyktynkę. Jest i holenderskie piwo La Trappe (trapiści), żeby nie wspomnieć o całej liście piw z opactwem w nazwie.

Jak by nie patrzeć, zakony męskie generalnie przodują w trunkach. Żeńskie słyną ze słodyczy. Ávila może się poszczycić całą gamą ciasteczek i słodyczy św. Teresy, wśród których pierwsze miejsce zajmują yemas de Santa Teresa. Zgodnie z nazwą chodzi o kurze żółtka, które ubija się z cukrem (jak kogel-mogel), podgrzewając w garnku, a następnie obtacza w cukrze pudrze. Jak głosi lokalna legenda, nikt nie przygotowywał tak niebiańskich smakołyków, jak święta mistyczka.

Mimo zbieżności nazw raczej nie należy wiązać zakonu św. Teresy z karmelem. Natomiast można i należy powiązać popularne cappuccino z kapucynami. I tu jednak, podobnie jak w przypadku jezuity, genealogia jest nieco bardziej skomplikowana. Napój nie pochodzi bowiem wcale z Włoch, ale z Wiednia. Nazwa odnosiła się do koloru habitu i, żeby było jeszcze ciekawiej, obok Kapuziner można było też skosztować Franziskaner. Ta druga kawa, o większej zawartości śmietany miała jaśniejszy odcień brązu. Według informacji, do których dotarłem, w języku włoskim „cappuccino” zadomowiło się dopiero w XX wieku. Nic więc dziwnego, że jeszcze w przedwojennych kawiarniach zamawiano „kapucyna” i nie był to wcale objaw prowincjonalizmu. Wprost przeciwnie, okazuje się, że raczej posługiwanie się włoską nazwą cappucino, świadczyłoby o pretensjonalności i ignorancji historycznej. Ale o czym właściwie dzisiaj mówa? Jakby ignorancja i pretensjonalność była w stanie kogokolwiek zszokować.

Może zatem w ramach odtrutki na zagraniczny snobizm i wakacyjnej przekory, zaproponuję wyzwanie: Przy najbliższej wizycie w kawiarni z kamienną twarzą zamówić „kapucyna”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s