Przykazanie gościnności

Sierpień 2013

Powiedzmy sobie uczciwie: to wcale nie był najbardziej męczący dzień. Ani nie najdłuższy, ani nie najtrudniejszy. Ale byliśmy zmęczeni. Ostatni etap po szosie do Sansepolcro ciągnął się w nieskończoność. Nic dziwnego, że nie mieliśmy nawet ochoty obejrzeć słynnego Zmartwychwstania Piero della Francesca. Jeśli ktoś w tej chwili potrzebował wskrzeszenia, to my. A jeszcze trzeba było znaleźć nocleg, bo ten umówiony niestety nie wypalił. Zostawiłem chłopaków pod katedrą, a sam poleciałem do schroniska, które zapisałem sobie na wszelki wypadek. Niestety, nici z tego. Jakieś 2 grupy przyjechały, nie ma miejsc. Ale pani była tak miła, że wspomniała o jakiejś pobliskiej parafii, która przyjmuje pielgrzymów. Narysowała plan jak dojść. No to w drogę!

Plan jak to z planami bywa – okazał się mocno schematyczny, a droga kilka razy dłuższa, niż można by się spodziewać. Przypomniałem sobie przygodę sprzed roku, kiedy inna Włoszka wskazała nam drogę też do kościoła i też chyba jakieś 10 minut drogi, które urosło do czterdziestu. Zdaje się, że zawsze ten odcinek przejeżdżała samochodem… Tym razem mieliśmy więcej szczęścia: w jakieś 15 minut dotarłem do czegoś, co z grubsza przypominało kościół. W środku różaniec, ale księdza nie widzę. Dzwonię na plebanię, po chwili wychodzi mężczyzna po sześćdziesiątce. Krótki dialog: o co chodzi, kto powiedział, że tu można nocować.

– Właściwie to tu nie można nocować, ale coś ci pokażę. Tu masz furtkę, przekładasz rękę przez siatkę i otwierasz od środka. Tam jest salka ministrantów. Możecie tam się przespać: są łóżka polowe, łazienka, jadalnia. Nie rozgłaszamy tego wszędzie, ale przyjmujemy tu pielgrzymów. Na ile możemy. Czegoś jeszcze potrzebujesz?

– Tak. Czy moglibyśmy potem odprawić mszę w kościele?

– A to jesteś już po święceniach?

– Tak.

– To się świetnie składa. Widzisz, ja tu jestem diakonem. Ksiądz dojeżdża do nas z innej parafii. Ma kilka takich kościołów. My mamy mszę w sobotę wieczorem, ale coś się wydarzyło i nie przyjedzie. Mieliśmy już mieć samą liturgię słowa, ale może byś mógł nam odprawić mszę?

– Ale czy zdążę? Muszę wrócić po chłopaków, którzy są w centrum, a mamy jakieś pół godziny.

– No to trochę dłużej pomodlimy się na różańcu.

Rzuciłem się biegiem z powrotem do centrum. Wezmę w nawias całą operację przedostania się z powrotem do kościoła, biorąc pod uwagę, że część była na zakupach i nie znali drogi. Udało się. I to w sposób zaskakujący dla nas obu. Giovanni znalazł księdza znikąd w ostatniej chwili i parafianie mieli mszę, a my znaleźliśmy nocleg, którego nie było.

DSC_0345a

3 lata wcześniej…

Po całym dniu drogi wjeżdżamy do Sofii, wciąż jeszcze ciekawi miasta, ale też spragnieni jakiejś ostoi. Której nie mamy. Przez kilka tygodni bezskutecznie próbowałem dodzwonić się do pracujących tam kapucynów. Bez żadnej odpowiedzi. I co tu powiedzieć braciom? Że nie mamy gdzie nocować i trzeba zaraz wyjechać z centrum, poszukać jakiegoś ustronnego parkingu i spróbować się przespać w samochodzie? W końcu to nie dramat, ale znam swoich braci…

Jedna z głównych ulic. Stoimy na światłach, rozglądam się, widzę. Kościół, który pamiętam ze zdjęcia w internecie (bo oczywiście nie zapisałem sobie adresu, skoro i tak nikt nam nie odpowiedział). Szybko! Skręcamy na światłach – nawet jak nie znajdziemy noclegu, to przynajmniej zostawimy bezpiecznie samochód na czas zwiedzania.

Czekamy przed kościołem. Za chwilę msza. Idziemy we dwóch do zakrystii, łapiemy księdza i w telegraficznym skrócie przedstawiamy naszą sytuację. Czy możemy zaparkować? A może jeszcze udałoby się przespać w jakiejś salce? A może jeszcze…?

Kapucyn zostawia wszystko i ze spokojem otwiera nam podziemny parking, prowadzi do salki, gdzie możemy w razie czego poczekać lub pójść pozwiedzać, bo po mszy ma spotkanie w nuncjaturze, ale potem się nami zajmie.

Co tu dużo mówić? Nie było żadnej salki, ale nowo wyremontowane pokoje gościnne, wieczorem długa biesiada, a rano królewskie śniadanie. Ni z tego, ni z owego dla ośmiu niespodziewanych zakonników. Wyjaśniła się też sprawa telefonu: pracownik kancelarii nie odbierał od jakiegoś czasu telefonów.

DSC_0320

Lipiec 2014

Też sam początek drogi. Schronisko dla pielgrzymów w Abbadia Isola. Budynek udostępniony przez księdza z sąsiedniej parafii (ksiądz, zanim to było modne, w samym miasteczku otworzył dom dla uchodźców, którym daje nie tylko wikt i opierunek, ale przystosowuje do życia w nowym kraju, uczy zawodu i pomaga rozpocząć samodzielne życie). Schroniskiem w wakacje opiekują się wolontariusze z Bractwa św. Jakuba. Trafiliśmy na dwie Włoszki, Caterinę i Annę. Kawa, ciasteczka, wieczorem kolacja. Wcześniej obrzęd przywitania: modlitwa i mycie nóg. Jedna zasada: do niczego się nie dotykać. Same przeszły już tysiące kilometrów i postanowiły traktować gości, tak jak chciałyby być traktowane: czyli po królewsku. Z pewnym zawstydzeniem przyglądamy się z Markiem, jak kobiety krzątają się przy nas, ale przyjmujemy to, skoro takie jest ich życzenie.

DSC_0267

Trzy losowe historie z wielu, których staram się nie zapomnieć. O prostej, chrześcijańskiej gościnności. A przecież było ich o wiele więcej. Był franciszkanin, Pietro, który nie tylko przyjął nas pod swój dach (i do swojej kuchni – super wyposażonej), ale gdy zadzwoniłem z drogi, bo jeden z nas dostał udaru słonecznego, przyjechał samochodem i zabrał go do klasztoru. Był pustelnik, do którego trafiliśmy przez przypadek, który nikogo nigdy nie wpuszczał, ale zrobił dla nas wyjątek. Opuścił pustelnię i pojechał do miasteczka po jedzenie dla nas. Potem były rozmowy na mniej i bardziej poważne tematy. I niezapomniany moment, gdy nie mógł powstrzymać wzruszenia słysząc pieśni renesansowe, które mu zaśpiewaliśmy – tyle mogliśmy dać w zamian. Okazało się, że kochał muzykę. W nocy usłyszeliśmy, jak grał na flecie – tym razem nie tylko dla uszu Pana Boga.

Były franciszkanki ze Spello, które łączyły infirmerię z domem dla gości – opowieści stulatek z misji w Afryce. Zagadki i żarty franciszkanów z Viterbo (domeną tego zakonu jest chyba królewskie przyjęcie). Niesłychana siostra Ginetta ze Sieny, która zbierała resztki z miejskich restauracji i rozdawała ubogim, a przy okazji, w wolnych pokojach gościła pielgrzymów. Karmelitanki z Sutri, którym po raz pierwszy w życiu głosiłem krótką homilię po włosku i które zasypywały nas owocami i przetworami.DSC_0425

Co jakiś czas, i to nie tylko w wakacje czy przy okazji wspomnienia św. Marty, wraca do mnie przykazanie gościnności. Ktoś mógłby zaprotestować, że nie ma go w dekalogu. Literalnie nie ma, ale cóż znaczy wobec tego „nie zabij” i „nie kradnij”? Jakież konsekwencje wynikają z „Jam jest Pan Bóg Twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”? Zresztą prawo mojżeszowe nie ogranicza się do Dekalogu (por. Pwt 24,17-22). Cóż dopiero powiedzieć o Chrystusowym „Cokolwiek uczyniliście…” (Mt 25,31nn)?

Nie jestem politykiem ani specjalistą od bezpieczeństwa publicznego. Te sprawy zostawiam ekspertom. Staram się znać na ewangelii, a w niej wyraźnie brzmi przykazanie gościnności. Sprawa wydaje się zero-jedynkowa: albo jestem hojny, albo nie. Czy musi to być sprzeczne z bezpieczeństwem i stabilnością ekonomiczną mojego kraju? Liczę, że mimo wszystko nie. Możemy debatować o bezpieczeństwie, szukać właściwych, praktycznych rozwiązań. Niech będą jak najlepsze. Natomiast bieda dumnie wypiętej chrześcijańskiej piersi, gdy pod takim lub innym pretekst uchylam przykazanie gościnności. Po wielokroć biada, gdy sam nie raz dostąpiłem byłem goszczony.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s