Czas uciekać

Ponad 2 godziny w kolejce do Luwru w tzw. pustej godzinie, naszpikowane masą ludzką perony kolejki już po porannym szczycie, stężenie selfies na metr kwadratowy kilkukrotnie przekraczające normy światowej organizacji zdrowia psychicznego, spontaniczne długie i głośne rozmowy na ulicy pod moim oknem, trwające długo po północy… – czyli Paryż wszedł w sezon wysoki i od tej pory będzie już tylko gorzej. Dla mieszkańców znak więcej niż oczywisty: pora wyjeżdżać.


A więc opuszczam na jakiś czas miasto świateł. Przyznaję, zmęczony już trochę. Choć jestem przekonany, że jest to tego typu zmęczenie, z którego leczą już pierwsze minuty na obcej ziemi. Na środku celi walizka, a gdzieś ponad nią rozrzucone jeszcze przewodniki – i tyle miejsc, w których jeszcze nie byłem, których nie znalazłem… Będzie do czego wracać. Wylatuję z Francji, bogatszy o rok doświadczeń, ale chyba z jeszcze większą ilością niewiadomych. To chyba naturalny stan. Przed tygodniem po nieco przeciągniętym wyczekiwaniu, udało mi się obronić pracę magisterską. Trzecią i, jak się zdaje, ostatnią. Przyda się zapewne przy rekrutacji na studia doktoranckie, bo część z wydziałów na Sorbonie wymaga przynajmniej jednej pracy dyplomowej w języku Moliera. Czy tam wyląduję? To się rozstrzygnie do końca października. Oczywiście im wcześniej, tym lepiej. Wyjeżdżam zatem z tą świadomością, że wrócę, ale z równie mocną niewiadomą: jak, jaki i do czego. Ta niepewność dała mi się we znaki. Denerwowała (no dobrze, wciąż denerwuje), ale może po prostu Pan Bóg poważnie potraktował to, że od dziecka lubiłem niespodzianki, i postanowił urządzić mi jeszcze jedną. Poza tym ćwiczeń z cierpliwości nigdy za wiele, szczególnie w świecie francuskiej biurokracji. Skoro już o biurokracji mowa, należy się małe postscriptum. Przed 3 tygodniami sfinalizowałem ostatni punkt październikowej epopei zapisów na studia. Finał był zaskakujący w swojej dynamice i ilości wzajemnych zaskoczeń. Moich i pań sekretarek, asystentek, księgowych, skarbniczek… No ale się udało.


Pierwszy przystanek: Salamanka i kurs hiszpańskiego. Tak, tak: uroczyście moim schronowym wychowankom oświadczam, że rzeczywiście nie wystarczy mówić po włosku, sepleniąc. Doświadczenie zupełnie mi nie znanej prowincji dominikanów, przepiękne miasto i, skoro w tym mniej więcej czasie świętujemy 10-lecie wstąpienia do nowicjatu, szlaki św. Teresy z Avila, jednej z moich pierwszych inspiracji duchowych w tym okresie. Zatem w najbliższym czasie nie spodziewajcie się wieści z Paryża. Zapewniam, że drugie tyle, co pojawiło się na blogu, mam w szkicach i ze świeżym umysłem wrócę do tego po wakacjach. W zamian obiecuję parę pocztówek z wakacyjnych szlaków. Entonces, ¡hasta la próxima!

Jedna uwaga do wpisu “Czas uciekać

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s