Trochę życzliwości!

Każdemu, kto chciałby zaciągnąć się paryskim duchem, polecam Paryż na widelcu, książkę (zresztą jedna z wielu) Stephena Clarke’a, brytyjskiego dziennikarza, który od kilku dekad mieszka w stolicy Francji i z iście wyspiarskim humorem punktuje „tubylców”. Jak każda dobra książka, ma ona to do siebie, że jakiś czas temu komuś ją pożyczyłem i doprawdy trudno przewidzieć czy/kiedy ponownie ją ujrzę. Pamiętam jednak dobrze pewien fragment, w którym Clarke dzieli się wskazówkami, jak wtopić się w tłum paryżan. Pierwsza podstawowa zasada to: Gnaj przed siebie (jeśli nie wiesz gdzie, to tym lepiej), sprawiaj wrażenie, jakbyś właśnie zajmował się najważniejszymi sprawami na świecie i od ciebie zależała „przyszłość planety na tej ziemi”, a przede wszystkim bądź podirytowany i zły na każdego, kto ci się podwinie pod nogi i koniecznie daj temu wyraz.

Życzliwego Czytelnika upraszam o jeszcze więcej życzliwości i miłosierdzie wobec nieudolnego (siłą rzeczy) przywołania fragmentu książki, której dawno już nie miałem w ręku. Książka jest genialna w swojej ironii i nic dziwnego, że zaraz po przeczytaniu nabrałem niepohamowanej chęci eksperymentalnego sprawdzenia wiarygodności autora. Zapowiadało to zresztą dobrą zabawę. Przy pierwszej nadarzającej się okazji (książkę czytałem jeszcze przed przeprowadzką do Paryża), wybrałem się metrem do centrum i wprowadziłem w życie wskazówki Clarke’a: żwawy krok, nerwowe spoglądanie po bokach, mamrotanie domniemanych przekleństw pod nosem, co jakiś czas wzruszenie ramionami, a nawet poklepanie się po czole, dało zdumiewające rezultaty. Wreszcie stałem się przezroczysty dla wszelkiej maści turystycznych i gastronomicznych naganiaczy, kwieciście ubrani przybysze zza oceanu rozstępowali się niczym Morze Czerwone, a co kilka minut inny przedstawiciel paryskiej rasy krzywił się do mnie życzliwie, z uznaniem. Możeli być większa solidarność od wspólnej irytacji na świat pełen idiotów?

Kilkumiesięczny pobyt w Paryżu pozwolił mi jednak, na całe szczęście, odkryć, że to, co opisał Clarke, to tylko pół prawdy. Stawiam tezę, że opisana arogancja paryżan (zresztą jak większości mieszkańców światowych metropolii) jest kamuflażem mającym chronić przed wściubiającymi nos w każdą błyszczącą od fleszy i pocztówek miejską szparę intruzami. Poza tymi terenami podwyższonego ryzyka, paryżanie bywają zawstydzający w swojej życzliwości.

W dużej mierze jest to efektem specyficznej anatomii centralnego Paryża, który narastał stopniowo przez włączanie kolejnych atomów – przedmieść i wiosek. W efekcie, poza wspomnianymi strefami turystyczno-biznesowymi, do dzisiaj przypomina plaster miodu, w którym każda komórka stanowi względnie samowystarczalny organizm. Jest w niej wszystko, czego paryżanin potrzebuje do życia i funkcjonowania. A więc przede wszystkim café bistrot, piekarnia, co najmniej jeden prywatny sklep ogólnospożywczy i apteka; skwer, może nawet kawałek zieleni, a w ostateczności ławka z jako takim widokiem; przystanek autobusowy i, z dużym prawdopodobieństwem, stacja metra.

W obrębie tych kilkuset kroków paryżanin czuje się bezpieczny i może być sobą. Zna dobrze ekspedientkę w piekarni – w końcu przychodzi tu co rano (kto by chciał wczorajszą bagietkę?). Bez skrupułów może się do niej uśmiechnąć i zamienić trzy (a nawet cztery) słowa. Zna sąsiadów w kawiarni i ludzi, z którymi co rano stoi na przystanku autobusowym. Pozdrawia codziennie sklepikarza, który wystawia skrzynki z owocami, i dzielnicowego żebraka. Raz nawet w sieciowym (!) supermarkecie byłem świadkiem urzekającej sceny, kiedy kasjerka przy wydłużającej się z minuty na minutę kolejce bez zahamowań trajkotała z obsługiwaną sąsiadką. Wszyscy trochę się niecierpliwili, ale nikt nie zwrócił uwagi. Przecież nie będą udawały, że się nie znają!

Przedzierając się przez mylącą otoczkę niedostępności, odkrywam paryską życzliwość. Niewyuczoną, niewykalkulowaną – spontaniczną, naturalną. Oblicze nowoczesności, która w swoim własnym interesie podtrzymuje tradycję, miast z nią walczyć (że wspomnę zupełnie nieekonomiczne i w tym przepłacaniu nieusuwalne uliczne targi). Światowość, która nie sprowadza się do „buractwa”, a dumę czerpie z tego, co lokalne. Wreszcie wspólnotę, do której powstania nie potrzeba zastępu miejskich aktywistów i aktywistek. Ona rodzi się w kolejce po rogale, na przystanku, w kawiarni. W obowiązkowym Bon jour, którym pozdrawiamy kierowcę, wsiadając do autobusu.


Pisząc powyższe słowa, myślę o moich rówieśnikach i naszych młodszych kolegach. Nauczyliśmy się, że wszystko można załatwić przez internet. Bez osoby. Coraz więcej codziennych kontaktów zostaje nam oszczędzonych dzięki automatom. I tak zaczynamy traktować ludzi, którzy na swoje nieszczęście chwilowo zastępują maszyny: ekspedientkę, kierowcę, przysłowiowego fryzjera. Czy ta społeczna antyseptyczność do prawdy ma być zdobyczą nowoczesności?

Dlatego już od paru lat, właśnie szczególnie we wszelkiej maści świątyniach masowości, staram się powiedzieć dwa-trzy słowa zwyczajnej ludzkiej życzliwości: „Dobrego dnia”, „Powodzenia”, „Życzę dużo sił i cierpliwości”. Czasem spotykam się ze zdziwieniem, częściej z uśmiechem, a kiedyś, tu w Paryżu dostałem bezcenną odpowiedź. To było akurat jakieś święto państwowe, dość późna pora i musiałem coś pilnie kupić w dyżurnym supermarkecie. Podchodzę do kasjera, żeby zapłacić i myślę sobie, że jeszcze parę godzin będzie tu siedział przy kasie:

– Mimo wszystko życzę Panu dobrego wieczoru.

Murzyn uśmiechnął się szczerze, mrugnął zawadiacko okiem i odpowiedział:

– Postaram się.

I mnie rozbroił.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s