Ameryka albo domki dla lalek

Jednym z powodów, dla których warto nieco gruntowniej przygotować się do wizyty w Paryżu (jeśli nie można zostać w nim dłużej), jest to, że poza „obowiązkowymi” atrakcjami turystycznymi, znanymi z widokówek i komedii romantycznych, Paryż kryje w sobie mnóstwo dzielnic i dzielniczek, które może i nie oferują zapierających dech w piersi zabytków na skalę światową, ale mimo to są bardzo ciekawe, a swobodne spacerowanie nimi sprawia dużo przyjemności. W najbliższym czasie, w miarę możliwości, będę się starał pokazać kilka mniej znanych zaułków Paryża.

Dziś, ponieważ już późno, zapraszam na skromny spacer po Quartier d’Amérique. Trafiłem tam kiedyś na chybił trafił, jeszcze parę lat temu, będąc dosłownie 2 dni w stolicy Francji, co jest dobrą wskazówką dla tych wszystkich, którzy wahają się, czy nawet przy krótkim pobycie „marnować” czas na nieznane dzielnice. Marnować! Wczoraj natomiast pojechałem tam już specjalnie, zaopatrzony w znaleziony niedawno na wyprzedaży „spacerownik” paryski.

Pierwszy problem dotyczy już samej nazwy dzielnicy. Administracyjnie nazywa się jak powyżej: „Dzielnica Ameryki”. To jednak raczej początek niż koniec problemów. W przeszłości w tej część 19. dzielnicy (położonej na północno-wschodnim odcinku paryskiego „ślimaka”), znajdującej się długo poza granicami miasta, znajdowały się kamieniołomy. Wydobywano w nich gips i piaskowiec, które służyły do budowy domów w centrum miasta. Kamieniołomy działały jeszcze w połowie XIX wieku. Później zamknięto je i zapadła decyzja o ich rewitalizacji. W ten sposób powstał między innymi niesamowity park Buttes-Chaumont, o którym parę słów innym razem.

Ze względu na specyfikę geologiczną podłoża wprowadzono restrykcyjne przepisy odnośnie budownictwa. Zezwalano na domki piętrowe, później maksymalnie dwu piętrowe. Dopiero w drugiej połowie XX wieku rozwój techniki pozwolił na wzniesienie na szczycie Butte de Beauregard kilkunastopiętrowych bloków wokół Place des Fêtes. Jednak jeszcze w latach dwudziestych, pod budowę wieży kościoła św. Franciszka z Asyżu musiano wkopać 41-metrowe pale, na których opiera się konstrukcja (sic!). Dzięki tym naturalnym ograniczeniom dawne wzgórze po kamieniołomie podzielono na odchodzące od głównych ulic parcele, które tworzyły małe, początkowo zamknięte uliczki, przy których rozlokowano domki jak dla lalek.

Szczególnie warto wybrać się tam wiosną. Domki, nierzadko kolorowe, nabierają dodatkowych barw, pokryte pnącym kwieciem. Forma małych uliczek, dostępnych tylko dla pieszych sprawia, że to miejsce niezwykle ciche, kameralne. Trudno uwierzyć w to, że znajdujemy się 4 kilometry od katedry Notre Dame, wciąż w obrębie centralnego Paryża.

No dobrze, ale to wszystko jeszcze nie tłumaczy, co ta dzielnica ma wspólnego z Ameryką. Długi czas wyjaśniano to w ten sposób, że część z wydobywanego tu kamienia wysłano do Ameryki i posłużyła między innymi do budowy Maison Blanche w Waszyngtonie. Jednak historycy zaprzeczają dzisiaj, że coś takiego miało miejsce. Wydaje się więc, że o wiele bardziej prawdopodobne wytłumaczenie jest przenośne: urokliwa dzielnica była „Ameryką” czyli ziemią obiecaną dla niezamożnych paryżan z przełomu XIX i XX wieku.

Przypominam, że cały czas mowa jest o nazwie administracyjnej. Trzeba bowiem zaznaczyć, że poza nią funkcjonuje jeszcze kilka innych, równorzędnych. Po pierwsze od nazwy jednego ze wzgórz: Butte de Beauregard, czyli dosłownie „wzgórze o ładnym widoku” – miano jak najbardziej zasłużone. Poza tym, często przewodnicy używają nazwy Mouzaïa, którą nosi jedna z piękniejszych uliczek. Tym razem skojarzenie jest również geograficzne, ale nie ma nic wspólnego z Ameryką. Chodzi o miasto w Algierii i upamiętnienie walk, które miały tam miejsce w 1840-41 roku.

W końcu można też spotkać, choć zdecydowanie najrzadziej, nazwę Danube czyli Dunaj. Tak nazywa się pobliska stacja metra i tak do 1951 roku nazywał się położony nad nią plac. Dziś jednak do jednej rzeki dołączyła kolejna, Ren i dzięki sprytnemu posunięciu ich zlane w jedno wody upamiętniają żołnierzy Pierwszej Armii Francuskiej, która w latach 1943-45 walczyła na linii Renu i Dunaju.

A zatem przez kamieniołomy, Amerykę, Algierię, Ren i Dunaj powracamy do urokliwej dzielnicy, która niewiele ma wspólnego ani z Maison Blanche w Waszyngtonie, ani tym bardziej z wojskiem i żołnierzami. Nazwy ulic upamiętniające lokalnych polityków, malarzy, poetów i wartości republikańskie, do tego powódź kwiecia i prawdziwa cisza każą zapomnieć o wielkim świecie. Na cóż on, skoro można spokojnie zaszyć się w swoim własnym domku dla lalek?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s