Odzyskać świętowanie

Już od jakiegoś czasu chciałem się z Wami podzielić pewną szczególną refleksją na temat mojego pobytu w Paryżu. Otóż pozwolił mi on na nowo odkryć niedzielę. Może to zabrzmieć dziwnie, zwłaszcza z ust chrześcijanina, księdza, ale myślę, że jeśli doczytacie do końca, zrozumiecie, o co mi chodzi.

Niby wszystko jasne: Niedziela, dzień święty. Należy powstrzymać się od prac niekoniecznych, wziąć udział we mszy, która z reguły ma bogatszą oprawę, zaczynając od bardziej rozbudowanej liturgii słowa, na dłuższej homilii, śpiewach i inszych dodatkach (jak ogłoszenia duszpasterskie) kończąc. Jeśli na tym się skupić, to rzeczywiście nic istotnego się nie zmieniło. Czy jednak do tego ma się ograniczać moje świętowanie?


Często w popularnym rozumieniu, trochę przez przeniesienie z instytucji szabatu, niedzielę rozumie się jako czas spoczynku. Jeśli przyjąć taki punkt odniesienia, to dla większości księży i zakonników w Polsce trudno pomyśleć większe przeciwieństwo spoczynku niż realia niedzieli. Kilka, kilkanaście mszy, do tego spowiedzi, tace i inne dodatki sprawiają, że jest to najbardziej zapracowany dzień w tygodniu. W niektórych krajach (a pomysły takie, z tego co wiem, w różnych odmianach, trafiają też na nasz polski grunt) proponuje się wprowadzenie zastępczego dnia wolnego dla księży, w ciągu tygodnia. Teoretycznie w większym klasztorze czy parafii można tak sobie ułożyć obowiązki, żeby z powodzeniem jeden dzień był luźniejszy. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś nie jest zatrudniony na regularny etat.

Jaka jednak może być opcja? Zrezygnować z obowiązków? To byłaby niewierność i kompletny brak odpowiedzialności za Kościół, w którym każdemu powierzono konkretną troskę o wspólnotę. Myślę tu raczej o czymś innym. Wszak dobrze rozumiana służba nie musi wcale kłócić się ze świętowaniem. Cóż bardziej Bożego jak praktykowanie miłości? Pytanie więc nie o to, z czego zrezygnować, ale jak nie zapomnieć się w tych obowiązkach i nie stracić świętowania.


Pozwólcie, że opowiem w paru słowach o tym przywileju, jaki mam, mieszkając chwilowo w klasztorze, który ma zdecydowanie mniejsze obciążenie duszpasterskie w niedzielę. Po modlitwach i śniadaniu, jak co dzień, idę do polskich nazaretanek odprawić niedzielną mszę. Zaraz po niej szybko wracam do klasztoru, aby zdążyć jeszcze na naszą mszę konwentualną. Po co ten drugi raz? Z tego powodu, że w związku z posługą kapelana codziennie odprawiam mszę na zewnątrz i nie mam możliwości pomodlić się wspólnie z braćmi. Jeśli tworzymy jedną wspólnotę, to coś by nie grało, gdybyśmy nie gromadzili się przy tym, co najważniejsze.

W niedzielę w naszym klasztorze, który nie jest parafią, są 2 msze. Poranna i konwentualna (o 11:00). Na tej drugiej gromadzi się mnóstwo okolicznych mieszkańców i przyjaciół z całego Paryża. Kościół jest wypełniony do ostatniego miejsca. Bardzo imponuje mi troska braci, aby liturgia była naszym wspólnym dziełem. Z tego względu wszelkie funkcje są maksymalnie podzielone i rozdzielone między braci. Są więc liturgiści, zmieniający się co tydzień celebrans, brat-organista, brat przygotowujący dekoracje kwiatowe, ale też bracia pomagający ludziom znaleźć wolne miejsce (szczególnie spóźnialskim), koordynujący procesję z darami czy witający przybyłych przed wejściem. Do tego oczywiście schola, w którą staram się w ramach możliwości włączyć. Obowiązki nie są zrzucone na 2-3 braci, ale każdy w jakiś sposób jest za nią odpowiedzialny. Choćby ta odpowiedzialność była drobna, zgoła symboliczna.

Po mszy zapraszamy tych, którzy mają trochę czasu na wspólny apéritif. To czas na rozmowy, skomentowanie dzisiejszego kazania czy podzielenie się ostatnimi dniami. Wszystko to w bardzo rodzinnej atmosferze. Są też goście braci i klasztoru, i zawsze sporo dzieci, które świetnie bawią się ze starszymi ojcami. Potem, już w mniejszym gronie, przechodzimy na uroczysty obiad, który tego dnia nie ma wyraźnego końca. Kucharz zawsze przygotuje coś bardziej odświętnego. Kolejny pretekst do radości.

Niedziela jest dniem, kiedy staramy się w klasztorze być bardziej razem. Część z nas w tygodniu odprawia msze na zewnątrz. Część od rana do wieczora pracuje poza klasztorem. Niektórzy w związku z obowiązkami mieszkają nawet gdzieś na mieście. Tego dnia każdy stara się dotrzeć. Byłoby niewdzięcznością spieszyć się i uciekać przed współbratem, który właśnie dojechał z drugiego końca miasta na mszę i obiad. Nie oszczędzamy czasu dla siebie. Za to popołudnie to świetny czas na dłuższy spacer.


Piszę o tym wszystkim z pewnym zawstydzeniem, bo mam świadomość, że większość moich braci w Polsce nie może sobie na taki luksus pozwolić. W Poznaniu, w którym spędziłem ostatnie lata, niedzielny obiad był akurat tym, kiedy najmniej braci było obecnych. Każdy jadł w pośpiechu, żeby wyrobić się między południowymi mszami. Rano z reguły spowiadałem, a po obiedzie dopracowywałem kazanie na mszę popołudniową i czekałem w pogotowiu, czy nie pojawią się wcześniej schronowicze, żeby ich wpuścić do klasztoru. Zatem również nieczęsto wybierałem się na niedzielny spacer. Jakoś w tych wszystkich obowiązkach nie udało mi się ocalić istoty świętowania, tam gdzie to było możliwe. Zabrakło woli walki.

W niektórych klasztorach udało się tak zgrać godziny mszy, żeby dać każdemu we wspólnocie szansę na udział we wspólnym obiedzie. W innych, przynajmniej na dzień dzisiejszy, nie wydaje się to możliwe. Jeśli zdecydowałem się podzielić moim doświadczeniem, to nie po to by wzbudzać zazdrość albo co gorsza wypominać komuś słuszne zaangażowanie duszpasterskie. Chodzi mi raczej o pokazanie bogactwa, jakim jest świętowanie zintegrowane z różnymi wymiarami naszego życia. I może nie trzeba zaczynać od pytania, co instytucjonalnie reformować, ale jak wykorzystać takie możliwości, jakie już dzisiaj mamy.


Było trochę klerykalnie, pozwólcie więc, że to, co pokazałem na konkretnym przykładzie, rozszerzę teraz krótko tak, żeby każdy mógł się w tym odnaleźć.

Po pierwsze, zamiast pytać o to, czego nie robić w niedzielę, zapytaj się, o to: co robić? Dobry pomysł na niedzielę powinien odzwierciedlać potrójne przykazanie miłości: do Boga, drugiego człowieka i siebie samego. Nie bez powodu to przykazanie jest zaraz na początku listy. Bóg za dobrze wiedział, jak łatwo będzie się nam dyspensować z odpoczynku w imię wyższej konieczności. W ciągu tygodnia w pędzie wiele nam umyka. Niedziela nie jest po to, aby to nadrobić. To z gruntu fałszywy punkt wyjścia. Pierwszy dzień tygodnia dany nam jest po to, by zacząć na nowo. Zatem: jaki mam pomysł, by rozpocząć tydzień z Bogiem?, co zrobić, by na nowo odkryć bliskich, z którymi żyję, hojnie marnować mój czas z nimi?; i na koniec: jakim sferom mojego życia, potrzebom należy poświęcić więcej troski?

To wszystko wiąże się też z drugim punktem: Nie oszczędzać na radości. I nie przeciwstawiać sobie różnych elementów życia. Niech radość będzie pełna! Integralna! Niech dotknie mnie w całości. Świętowanie i radość to koniec końców wcale nie najmniejsze wyznanie mojej wiary. Pokaż mi swoją radość, a poznam twoją wiarę. Chyba że w tym, w co wierzysz, nie ma się z czego cieszyć…

Jedna uwaga do wpisu “Odzyskać świętowanie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s