Znaszli…?

Ten wpis dedykuję pewnej nieznajomej matce z dziećmi, których spotkałem trzy tygodnie temu, wracając pociągiem z Poznania.

Zaczęło się od tego, że w pociągu, którym chciałem jechać nie było wagonu bezprzedziałowego. To już mi trochę popsuło humor, bo w normalnych przedziałach nie ma z reguły jak wyprostować nóg, a do tego, w odróżnieniu od wagonów bezprzedziałowych, pasażerowie z reguły nie mają najmniejszych oporów, żeby prowadzić tyleż intymne, co niekończące się rozmowy przez telefon. Z każdą kolejną darmową minutą poziom zażenowania rośnie. Z resztą nieraz nawet nie trzeba do tego telefonu. Kiedyś byłem mimowolnym świadkiem, zakrawającej wręcz na sesję psychoanalityczną, rozmowy między dwiema skądinąd sympatycznymi współpasażerkami. Przy kolejnym wybuchu łez, poprzedzonym moim kilkukrotnym chrząknięciem, wyszedłem na kawę do Warsu. Jak widać moja obecność w niczym nie przeszkadzała. A przecież nie byłem superwizorem i mam nadzieję, że panię tę świadomość miały.

Wróćmy jednak do owego niedzielnego poranka. Z kawą i rogalikiem w ręku (ekwiwalent śniadania świadczący o sentymentalności autora i jego niegasnącym uwielbieniu dla Audrey Hepburn w Śniadaniu u Tiffany’ego) wsiadłem do przedziału i ku przerażeniu zobaczyłem, że trzy miejsca zajmuje mama z dwójką dzieci (tak na oko 3 i 7 lat). Moje przerażenie w żadnej mierze nie wiązało się z beznadziejną pedofobią (tak, tak wbrew słownikowi edytora tekstowego takie słowo istnieje w języku polskim), ale z przykrym doświadczeniem z czasu nieustannych redaktorskich podróży po Polsce, że generalnie dzieciom wszystko wolno i nie ma granic tolerancji. W przypadkach skrajnych odpowiedzią na krzyk i demolkę dzieci, bywał krzyk i psychiczna demolka rodziców. Doprawdy nie wiem, co gorsze.

Zostawię ten temat na boku, bo domagałby się sensownego rozwinięcia, żebym nie został wpisany na czarną listę Unicefu. Wspomnę może jedynie o tym, że mam krańcowo odmienne doświadczenie z francuskimi rodzinami (ważne rozróżnienie, statystyczne nie rasistowskie, chodzi tutaj  o Francuzów „z dziada pradziada”, albo szerzej: obywateli francuskich, którzy żyją etosem kultury francuskiej, a nie obcej). Żadnych krzyków, napadów histerii, szantażowana rodziców i przy okazji całego otoczenia. Dodam, że linia autobusowa, z której w sezonie zimowym korzystam, jadąc na mszę i z powrotem, zahacza o 2 szkoły podstawowe, więc znaczną część pasażerów stanowią rodzice z dziećmi. Z kolei w październiku byłem na mszy parafialnej dla dzieci przygotowujących się do pierwszej komunii. Dobra setka dzieci (w tym ich młodszego rodzeństwa) jakoś była w stanie przez godzinę siedzieć w ławkach, nie biegać po kościele, nie przewracać wszystkiego, co się da, przy tym nie widać było nudy czy oburzenia na twarde zasady, ale rzeczywiście żywe uczestnictwo w liturgii.

Nie oceniam, nie potępiam. Taki po prostu przykład, że się da. Oczywiście trochę to od rodziców wymaga. I chwała tym, którzy się starają.

Kolejna dygresja, ale już obiecuję nie wyskakiwać z naszego przedziału. Tym bardziej, że spotkała mnie pozytywna niespodzianka. Nie tylko dzieci nie wariowały, ale było wprost przyjemnością obserwować, jak przeżywają podróż. Owszem, wiadomo, że trzy i pół godziny, to jednak sporo. Były więc i dąsy, i niezadowolenie, i momenty kryzysowe. Wszystkie jednak stanowczo, acz spokojnie rozwiązywane przez pomysłową mamę.

Jedną rzeczą zupełnie mnie kupili. Otóż rodzinka przez całą drogę czytała książki na głos. (Kiedy piszę, że czytała, to znaczy, że pojedyncze zdania literował chłopiec. Był to warunek lektury kolejnej strony przez mamę. A że powieść była ciekawa, trudno było się oprzeć.)

Tak sobie siedziałem, mimowolnie odrywając się od własnej lektury, bo ta powieść młodzieżowa była naprawdę wciągająca, i zastanawiałem się, kiedy ostatnio widziałem taki obrazek. Na pewno nie w ciągu ostatnich lat. Pamiętam natomiast, jak w dzieciństwie jeździliśmy z rodzicami pociągiem na wakacje. Tatę, który czytał nam w trzęsącym się, zatłoczonym i przegrzanym zimowym przedziale do Zakopanego, przygody misia Paddigtona. Reakcja podróżnych była znacząca. Z początku Tata czytał nie za głośno, żeby nie przeszkadzać innym, ale gdy tylko kończył rozdział ludzie prosili, aby nie przerywał i czytał dalej, i razem z nami zaśmiewali się przy naszej ulubionej scenie, kiedy to cebulka wpadła do saksofonu albo kiedy niedźwiadek gasił płonący omlet.

Dużo już napisano o naszym społecznym analfabetyzmie, dużo wspomniano o tym, ile utraciliśmy przez smartfony, tablety i facebooki. Nie będę dołączał do kasandrycznego chóru. Natomiast, mimo że sam nie obnoszę się z przeczytanymi książkami i nie afiszuję się z tym, że umiem czytać, zawsze będę miał odrobinę sympatii dla wszelkich, nawet najdziwniejszych, akcji w mediach społecznościowych promujących czytelnictwo. Pewnie, że można zapytać się jeszcze o jakość lektur. Moja polonistka regularnie odpytywała nas z ostatnio czytanych książek, przy czym odróżniała je od lektur, które musieliśmy czytać, i tzw. „książek do poduszki”, których tematyka i styl nie pozwalają człowiekowi na poziomie chwalić się nimi, tym niemniej może i powinien je również czytać.

Nie. Nie jestem zwolennikiem zasady: nie ważne, co – byleby czytał. Natomiast doskonale rozumiem, że czytanie wymaga wychowania, inicjacji. Stąd wielki szacunek dla tych polonistów, którzy nie tyle zaliczają z uczniami lektury, ale umieją wprowadzić w świat literatury. Uczą odczytywać aluzje, dostrzegać kontekst historyczny, kulturowy, biograficzny. Odwołują się do wszelkich dostępnych środków – wcale niekoniecznie muszą być hiper-nowoczesne, multimedialne – aby zafascynować. Moda na czytelnictwo na pewno wiele pomaga, ale nie zwalnia z obowiązku wychowania do dojrzałej lektury.

Na koniec paryski obrazek. Kiedy opowiadałem o tym moim znajomym w Polsce, sam do końca sobie nie wierzyłem, takie to dziwne się wydawało. Ale już pierwsze kroki po powrocie utwierdziły mnie w tym, że nie wyśniłem sobie tego. To, że metro czy autobus jest naturalnym miejscem do lektury w Paryżu, to wydaje się oczywiste (oczywiście zmienia się to na przedmieściach, coraz więcej też zamiast książek pojawia się smartfonów, ale kto tam wie tych Francuzów, czy przypadkiem akurat jakiegoś ebooka tam nie czytają). Natomiast parokrotnie udało mi się spotkać kloszarda z książką. Jeden siedział na schodach do kościoła. Pudełko na monety, kartonik z prośbą o pomoc, ale obok kupka książek, z których jedną akurat czytał. Innego spotkałem w drodze na lotnisko. Stara, rozchełstana kurtka, w jednej ręce reklamówka z dobytkiem, w drugiej -otwarta książka. Szedł tak powoli, czytając, zatrzymując się na chwilę pod kolejnymi latarniami.

Owszem książki są tutaj relatywnie tańsze niż w Polsce (tak, tak!). Ale czy tylko o kwestie finansowe tu chodzi? Śmiem twierdzić, że od portfela do lektury droga jeszcze daleka. Pytanie o hierarchię dóbr. Tutaj, jak się wydaje, książka jest produktem pierwszej potrzeby.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s