Starość albo: kawałek świata.

Przenosiny mogą się wiązać ze sporym zachwianiem równowagi. Zmieniają się proporcje, przesuwają punkty odniesienia i nieraz trzeba dobrze skupić uwagę, żeby się na nowo odnaleźć. Czasem są to przesunięte kierunki geograficzne. Na przykład z niewiadomych powodów, zawsze gdy myślę o Jerozolimie, strony świata obracają mi się o 90 stopni odwrotnie do wskazówek zegara. Albo na krakowskim Kazimierzu: muszę sporo się namyślić, by zdecydować, czy dana ulica jest równoległa, czy prostopadła do Dietla.

Przesunięcia mogą być też czasowe i nie chodzi tu tylko o jet lag przy podróżach międzykontynentalnych. Przecież już w ramach naszej strefy czasowej dzień nie wszędzie zaczyna się o tej samej porze i nie tę samą ma długość.

Od kiedy mieszkam w Saint-Jacques doświadczam jeszcze innego zaburzenia punktów odniesienia. Chodzi o wiek. Z klasztoru, w którym 1/3 braci była poniżej czterdziestki, a najstarszy współbrat skończył w tym roku 80 lat, przeniosłem się do wspólnoty, w której mniej więcej połowa skończyła 75. rok życia. Przyznajcie, że to dość konkretnie zmienia perspektywę.

W takiej grupie zacierają się różnice wieku wśród braci poniżej pięćdziesiątki czy nawet sześćdziesiątki, natomiast wyostrzają wśród tych – powyżej. Ponieważ klasztor jako grupa istnieje i działa według standardowych podziałów i ról społecznych, będą one jednocześnie przeniesione i rozłożone pomiędzy braci, którzy w polskich realiach zaliczaliby się już do najstarszej, zwolnionej z większych obowiązków podgrupy. Tutaj bracia po osiemdziesiątce funkcjonują na równych prawach (i obowiązkach), a dziewięćdziesięciolatkowie też nie zamierzają się wycofywać. Kategorią nie jest wiek, ale choroba, która może się przydarzyć w każdej grupie wiekowej.

To zaburzenie: z jednej strony proporcji, a z drugiej – aktywności (decydował o niej nieco inny tryb życia niż w Polsce, pewnie też materialne warunki dorastania i dojrzewania) sprawia, że średnio o 10 lat zaniżam wiek poszczególnych braci. Przekonałem się o tym jakiś miesiąc temu, kiedy obchodziliśmy hucznie 90. urodziny jednego z braci. Podszedłem do niego i powiedziałem, że nie wierzę, że ma tyle lat. Uwierzyłbym w 80-tkę. Może ostatecznie w 85, ale w życiu, że skończył już 90 lat.

Nie chodzi tu tylko o zdrowie, jakim się cieszy, czy samowystarczalność. Do niedawna ten współbrat był prokuratorem (ekonomem) wspólnoty, a dzisiaj wciąż jest odpowiedzialny za renegocjację umów z telekomunikacją, sieć internetową w klasztorze, a do tego co tydzień jeździ pociągiem pod Paryż do gospodarstwa, gdzie kupuje i skąd przywozi kwiaty do dekoracji kaplicy. Podobnych przykładów mógłbym podać wiele.

Oprócz tego są oczywiście, jak już wspomniałem, choroby. To też jest element naszego życia. Na pewnym etapie przyjął się w prowincji model, żeby schorowanych braci przenosić do jednego z paryskich klasztorów. W ten sposób oba zostały dociążone zobowiązaniami wobec potrzebujących braci, co mocno odbiło się na zaangażowaniu duszpasterskim. Do tego w świadomości braci ze starszego pokolenia Paryż funkcjonuje nierzadko jako synonim smutnej zsyłki podyktowanej względami zdrowotnymi (z której, z reguły, nie ma już powrotu). Myślał ktoś z Was kiedyś tak o Paryżu?

Zbliżająca się na przełomie roku kalendarzowego kapituła prowincjalna stanowi pretekst do rozmów we wspólnocie na ten temat. Kilka ostatnich lat bez asygnat dla młodych braci (następny brat po mnie ma 40 lat, bracia w wieku 40-50 są albo doktorantami, albo pracują w którejś z dominikańskich instytucji naukowych), sprawiło, że w najbliższym czasie wspólnota jeszcze bardziej się postarzeje. Klasztor jako budynek nie spełnia norm umożliwiających porząd(a)ną opiekę nad chorymi. I za bardzo nie ma możliwości przebudowy, chyba żeby zredukować ilość braci we wspólnocie, a więc i tych opiekujących się, co rodzi błędne koło. Myślę, że bracia ze względu na swoją żywotność są w stanie jeszcze długo być samowystarczalni, jednak brak młodych to nie tylko brak sił, ale też i nadziei, że na mnie się nie kończy. Że choć ja zbliżam się już do końca życia, mam przy sobie kogoś, kto dalej będzie kontynuował moją misję.

Od zeszłego tygodnia kwestia starszych braci stała się dla mnie o tyle bardziej namacalna, że dołączyłem do grupy braci odpowiedzialnych za opiekę nad starszymi. Na dzień dzisiejszy to przede wszystkim bogactwo, a nie obciążenie. Bracia, którym pomagam, są niezwykle czarujący, ujmujący prostotą, wdzięcznością, szlachetnością. Za te parę prostych rzeczy, w których im pomagam, stokroć więcej od nich otrzymuję.

Myślę, że jeśli czegoś ważnego się tutaj nauczę, to na pierwszym miejscu nie będą to studia, nie będzie też rzeczywistość Kościoła francuskiego, ale lekcja starości i umierania, jakiej udzielają mi starsi bracia. Starości, która jest ogołoceniem, dopełnieniem ślubów ubóstwa – ale takim, które nie musi się wiązać ze zgorzknieniem, zawiścią, złością, ale łagodną wdzięcznością i zaufaniem do Boga.

To doświadczenie biografii równocześnie pięknych, co i smutnych. (Pięknych, bo smutnych? Smutnych, bo pięknych?) Jest współbrat, który w latach sześćdziesiątych dawał schronienie protestującym studentom (gest nie: ideologiczny, ale ludzki), potem przez kilkadziesiąt lat bronił praw biednych w Brazylii – bezkompromisowy działacz w imię sprawiedliwości pokrzywdzonych, a teraz na pół sparaliżowany potrzebuje rąk, które go przeniosą, przewiozą, pomogą w jedzeniu. Ale nie wycofuje się, robi, co jeszcze może – pisząc i odpowiadając na kilkanaście (a może i więcej) maili dziennie.

Albo brat, który był niegdyś wielkim kaznodzieją. Jeździł z rekolekcji na rekolekcje. Aż tu nagle: afazja. Prawie się nie odzywa, wstydząc się, że nie potrafi znaleźć właściwego słowa. Wyrzekł się słów, wkładając w ich miejsce ujmujący uśmiech i dotyk.

Czy jeszcze inny współbrat, który był niegdyś wybitnym wykładowcą. Studiował w Rzymie i Jerozolimie, potem wykładał w różnych miejscach. Jakiś wylew, jakiś błąd w czasie operacji i stracił pamięć.

– Wiesz, moje życie dzieli się na dwie części. Przed i po. Ale się nie skarżę. Bardzo dużo dostałem. A potem musiałem to oddać. Nie mogłem już wykładać i przenieśli mnie tutaj. Nie mam pretensji. Tak dużo dostałem.

– Wykładał ojciec Nowy Testament? Chrystologię?

– Tak. Dużo wykładałem. Ale nic z tego nie pamiętam…

Najważniejsze chyba jednak zostało – dopowiadam w myśli, gdy widzę, jak odwiedza leżących braci i godzinami wprowadza do ich cichych cel zagubiony kawałek świata.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s