Seraj w stylu retro

Kilka dni temu wybrałem się do Opery na Uprowadzenie z Seraju (jedną z premier obecnego sezonu). Muszę przyznać, że jakoś nigdy zbytnio nie poważałem tej śpiewogry Mozarta (jak chyba, dbając o puryzm językowy, należałoby przetłumaczyć Singspiel). I chyba nie byłem w tym odosobniony, skoro nie należy ona raczej do współczesnego kanonu scen światowych. Trąci trochę myszką. Jest intryga, jest komizm (raczej postaci niż sytuacyjny), pojawia się napięcie, choć ze względu na prymat arii przed akcją, rzeczywiście wymaga albo widza o żelaznych nerwach, albo – dynamice ślimaka. Gdzieniegdzie kłopotliwy może okazać się też wątek muzułmański (w tym wypadku – turecki). Choć więc co jakiś czas pojawiają się kolejne próby wskrzeszenia, to albo idą po linii absolutnego historyzmu (z założenia, że mamy do czynienia z zabytkiem, który nam już dzisiaj nic nie mówi), albo dość swobodnego uwspółcześnienia (co daje pole do popisu, skoro niedaleka droga od haremu do ekskluzywnego burdelu).

Reżyserka, Zabou Breitman poszła nieco innym tropem. Postanowiła przede wszystkim ocalić komizm opery, nie wbrew, ale w dzięki jej anachronizmowi i pewnej naiwności. Akcję utworu przeniosła do lat dwudziestych ubiegłego wieku, odwołując się do stylistyki filmu niemego. Zapowiada to już sekwencja filmowa w tle uwertury. Choć scenografia jest stosunkowo skromna, a całość rozpisana jest na sześciu solistów i dwa wejścia chóru, realizatorom udało się ożywić scenę, wprowadzając kilkunastoosobowy zespół statystów, odgrywających charakterystyczne typy, wyłowione z „orientalnego” kina niemego.

Zapytano kiedyś śpiewaczkę operową, Felicity Palmer, jaki jest jej przepis na granie z sukcesem ról komediowych. Odpowiedziała bez zastanowienia: To proste. Cokolwiek masz zrobić, musisz przy tym być śmiertelnie poważny. Efekt gwarantowany! – O czymś podobnym można powiedzieć w przypadku tej inscenizacji. Kluczem do sukcesu jest stuprocentowy pastisz – z kamienną twarzą. Jeszcze przez pierwszy kwadrans, co mnie zawsze niepomiernie denerwuje, widzowie twardo powstrzymywali się od śmiechu – jakby w Operze grano z definicji tragedie – i z zażenowanie spoglądali na tych (w tym na mnie), którzy się wyłamali. Po kwadransie jednak już nikt się nie powstrzymywał. Co miało być śmieszne, było śmieszne i zgodne z przeznaczeniem utworu, należało się dobrze bawić.

Tak więc wbrew moim obawom i recenzjom, które wcześniej czytałem, spektakl uznaję za bardzo udany od strony inscenizatorskiej. Po raz kolejny potwierdziło się, że zadaniem reżysera operowego niekoniecznie jest wyszukiwanie złożonej i zaskakującej reinterpretacji, ale porządne aktorskie ustawienie akcji utworu. Jeśli opera jest dobrze napisana, to to wystarczy.

Nieco gorzej było od strony wokalnej. Zdecydowanie najmocniejszym punktem były role żeńskie (z wspaniałą i wokalnie,  i aktorsko Anną Prohaska) oraz Lars Woldt w roli Osmina. Słabiej i barwowo, i intonacyjnie wypadli pozostali panowie. Warto tu jednak zaznaczyć, że poza wspomnianym Woldtem (zresztą nie tylko śpiewakiem, ale i pedagogiem) wszyscy soliści byli bardzo młodzi i w zasadzie na początku kariery. Niedociągnięcia można więc spisać na karb wieku i doświadczenia, i kibicować – bo zapowiadają się całkiem nieźle.

Na koniec jak zwykle kilka zdjęć (tym razem z materiałów prasowych) oraz link do krótkiej prezentacji w programie kulturalnym.

Jedna uwaga do wpisu “Seraj w stylu retro

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s