Do diabła!

Wszystko wskazuje na to, że Paryż mści się na mnie za to, jak niepochlebnie wyrażałem się poprzednim razem o jego mieszkańcach. Ostatnimi dniami, gdy tylko miałem czas i ochotę wybrać się na dłuższy spacer, ni stąd ni zowąd nadchodziły chmury i zaczynało padać. We wszystkich pozostałych momentach świeciło słońce. Nie ma rady: pełen skruchy oświadczam, że w najbliższym czasie pisał będę o samych sympatycznych aspektach mieszkania w mieście świateł. A zniecierpliwienie, zrzędzenie i deszcz niech idą do diabła!

Jeśli mam wytrwać w tym postanowieniu, to nie lepszego tematu na dzisiejszy (jeszcze) wpis, jak ogród luksemburski. W zasadzie niewielki, w dodatku podzielony na dwie części. Wystarczający natomiast, żeby zapomnieć o znerwicowanych kierowcach, zapchanych autobusach i śmieciarce, która akurat zablokowała przystanek. Idealny przerywnik w drodze między piątą a szóstą dzielnicą. A jeśli ma ktoś więcej czasu, to są i korty tenisowe, alejki do uprawiania joggingu, a gdy ktoś mniej ruchawy, to i na bule czy szachy znajdzie miejsce.

Można też po prostu usiąść  na jednym z charakterystycznych, bladozielonych foteli – takich samych jak w królewskich ogrodach Tuilleries. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu za tę przyjemność trzeba było zapłacić. Jednak od czasu wojaży moich Dziadków i fotele ogrodowe zostały wyzwolone z ancien régime’u. Jeśli więc świeci słońce, można śmiało zabrać się do lektury, choćby dopiero co wydanej powieści Patricka Mondiano, tegorocznego noblisty, o znaczącym tytule – Pour que tu ne te perdes pas dans le quartier (Cobyś nie zgubił się w dzielnicy). Odczytuję go jako osobistą dedykację: obym z tych moich włóczęg po mieście zawsze znalazł drogę do domu.

A skoro już doprawdy złamałeś ukochaną rakietę, biegać ci się nie chce, od szachów wolisz warcaby, a nowego Mondiano nijak w księgarni znaleźć nie mogłeś (ciekawa klątwa noblistów: z reguły dzień ogłoszeniu werdyktu nigdzie nie można dostać ich książek), to zajrzyj choć na chwilę. Może wypatrzysz ławeczkę, na której Mariusz Pontmercy po raz pierwszy dojrzał Kozetę, albo trafisz na trop któregoś z bohaterów Balzaka. W końcu te ścieżki wprost zadeptały postaci dziewiętnastowiecznych powieści. I nie tylko…

Okazuje się bowiem, że i sam ogród ma swoją bujną, romantyczną historię. Przez długi czas znajdował się poza granicami miasta. W XI wieku król Robert Pobożny wzniósł w tym miejscu zamek, od vallée verte – val vert (zielona dolina) nazwany Vauvert. Z wielkiej pobożności jednak niedaleka droga droga do wielkiej bezbożności. I w tym miejscu następuję tragiczny zwrot akcji. Robert oddalił żonę, Rozalię, aby poślubić swoją kuzynkę, Bertę z Burgonii. Papież Grzegorz V ekskomunikował parę.

Groza występku monarchy nie opuściła zamku nawet po zdjęciu ekskomuniki i śmierci króla. Od 1031 pozostał pusty i ulegał coraz większej ruinie. Porządni ludzie omijali te ziemie szerokim łukiem, uważając je za przeklęte. Nie przeszkadzało to jednak wyrzutkom społecznym: rzezimieszkom, nędzarzom, uciekinierom, aby założyć tam średniowieczny skłot. Stąd z czasem zrodziło się powiedzenie „Aller au diable vauvert”, czyli nasze „iść do diabła”.

Aller-au-diable-vauvert_article_popin
Dziewiętnastowieczne wyobrażenie ruin Vauvert

Diabeł panował u podnóża św. Genowefy przez niemal sześć wieków, aż i na niego przyszedł czas. Rzecz wiadoma, za sprawą kobiety (nie jedna Twardowska się w tym względzie zasłużyła). Kiedy inna Medyceuszka, Katarzyna rozprawiła się już z hugenotami, Maria Medycejska, co by nie pozostać gorsza, postanowiłem złapać czarna za rogi. Wykupiła od księcia luksemburskiego przeklęte ziemie razem z przyległościami, zburzyła różne kolegia i pałacyki, a przy okazji szpecące okolicę ruiny, i kazała wybudować pałac, na wzór Palazzo Pitti z rodzinnej Florencji. W ten sposób słoneczne włoskie niebo rozprawiło się z romantycznym francuskim piekiełkiem. I aby nikt nie miał co do tego wątpliwości, jakiś czas potem ściany pałacu zapełniły się kolejnymi monumentalnymi płótnami Rubensa, sławiącymi mityczne dokonania Marii Medycejskiej.

01medici
P. Rubens, Przybycie Marii Medycejskiej do Marsylii (fragment)

Do rewolucji pałac należał do dóbr królewskich, a od 1799 roku z małymi przerwami jest siedzibą senatu. Podsumujmy zatem: Robert ekskomunikowany, diabeł wypędzony, Maria Medycejska powieszona w Luwrze – na żer dalekowschodnich kamer i iPadów, a ogród w rękach ludu. Zatem po raz kolejny: Vive la France! A kto się nie zgadza, niech idzie do diabła. Choćby i Boruty.

4 uwagi do wpisu “Do diabła!

  1. A ja – mam nadzieję, że pogoda dopisze i za kilka dni wystawię twarz do słońca siedząc na tych charakterystycznych krzesłach. Może spotkam tam zaczytanego Ojca ? Znam z Poznania. Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s