Makulatura

Od wczoraj Francuzi mogą o 2 milimetry mocniej wypinać dumną pierś – ich rodak zdobył 15. w historii literackiego Nobla, potwierdzając tym bezkonkurencyjne pierwszeństwo potomków Moliera wśród literatów. Ktoś pewnie mógłby się czepiać, że chodzi tu o obywatelstwo, a przecież ważniejsza jest narodowość. Ktoś inny mógłby zauważyć, że owszem, niech żyje Francja, ale biada frankofonii, bo mimo wszystko wśród noblistów bezkonkurencyjnie dominuje, o zgrozo, język angielski.

Zostawmy jednak Francuzom ich radość. Zwłaszcza, że ostatnimi dniami wprost tonę w papierach, ale bynajmniej nie literackich, a nawet – filozoficznych. Nie wiem, czy Francuzi zasługują nadal na miano narodu literatów (jest to zapewne proporcjonalne do obecność edukacji klasycznej – tak jak wszędzie ofiary kolejnych reform edukacji wyrównawczej). Z pewnością jednak mają szansę zwyciężyć w innej kategorii, sformułowanej zgoła niehumanistycznie, a z istoty swej całkowicie niehumanitarnej: społecznego przemysłu zadrukowywania papieru.

Chodzi o biurokrację, której ofiarą w tym tygodniu się stałem. Dotąd wydawało mi się, że moja ojczyzna w należy sposób upewniła mnie w bezkresnych możliwościach rozbudowywania procedur urzędowych. Nic z tego! Moi francuscy współbracia sami ze współczuciem kiwają głową, gdy przemierzam korytarz z nowym plikiem dokumentów do wypełnienia. I przyznają: Jesteśmy narodem biurokratów. Nie martw się – my też się w tym gubimy.

Każdy dzień jest jakimś nowym odkryciem. Dokument 34, załącznik B, numer 3, który trzeba zdobyć, wprowadzając w życie procedurę γ… W tych wędrówkach po świecie administracyjnej fikcji, wciąż odkrywam nowe, niespodziewane rejony. Tak jakbym zgłębiał ogród-labirynt albo jakąś nieznaną wyspę. Niby to wszystko ma granice, niby nie może się ciągnąć w nieskończoność. A tu wchodzisz głębiej i głębiej, i głębiej.

Na wytrwałych czekają nagrody, rozładowujące monotonię powtarzanych wciąż tych samych danych (w końcu ile liczb, nazw, adresów może opisywać moją skromną osobę?). Dla przykładu, odkrywasz błędne koło: zaświadczenie wymaga okazania legitymacji, do której otrzymania samo jest konieczne. I tak dalej, i tak dalej.

Większość czasu spędzam z arkuszami, bezlitosnymi wobec rozpaczliwych pytań: Ale o co ci tu chodzi? Czasem jednak na tej drodze pojawia się człowiek. Ulga? – No, nie zawsze…

Jest taki mój ulubiony „człowiek”, którego wspomnienie wciąż przyprawia mnie o dreszcze. Pan od abonamentów telefonicznych z 11. dzielnicy. Przyjeżdżam pierwszy raz. Czekam, czekam, czekam. W końcu moja kolej: Chciałbym założyć abonament. -Pauza. Nie rozumie. Powtarzam. – Aha, obcokrajowiec. A więc chce pan wykupić abonament? Musi pan mieć konto we francuskim banku. Następny. – Przepraszam, ale czy nie wystarczy konto walutowe? – Nie. Do widzenia.

Nie chodzi tu o naturalne w takiej sytuacji wymagania, ale o mowę ciała mojego rozmówcy, która jest jednoznaczna: pogarda. Wychodzę.

Podejście numer dwa. Jadę z jednego końca miasta na drugi do pana z 11. dzielnicy. Czekam, czekam, czekam… Pod ścianą. Pan, niczym mityczna sklepowa z mięsnego, jest tu bogiem wszystkich bogów. Od położonej na środku lady wywołuje spod ściany ludzi, którzy dostąpią łaski bycia obsłużonym.

– Pan. Czego Pan chce? – Chciałem wykupić abonament. – Pauza. – Chodzi mi o podpisanie z państwem umowy na nowy numer. – Rozumiem. Paszport i kartę kredytową poproszę. – Nie mam przy sobie karty. Poza tym mam dowód osobisty. Jestem obywatelem Unii Europejskiej. – Bez karty nie może pan założyć konta. Następny… – Chwileczkę. Ale mam konto we francuskim banku, jak pan mówił. – To nieistotne. Musi pan okazać mi kartę. Do widzenia. – Proszę mi w takim razie powiedzieć raz jeszcze: Jakie dokumenty mam przedstawić, żeby podpisać umowę? – Nerwowe westchnienie. W końcu daje za wygraną: Karta kredytowa, paszport, wyciąg z konta. Tym samym oszczędzam co najmniej jedno kolejne podejście.

Wychodzę. I obiecuję sobie: następnym razem jadę na drugi koniec miasta, do La Défense. Nie będzie Francuz… A zresztą, żeby to tak pesymistycznie nie wyglądało, to mam nieodparte wrażenie, że ta ksenofobia jest wprost proporcjonalna do skali kompleksów. W szkole, z kimkolwiek nie rozmawiam, na hasło, że jestem cudzoziemcem, dostaję słowa uznania: że dobrze sobie radzę, że śmiała decyzja, że coś nowego sobą wnoszę.

Na deser kawał, który à propos francuskiej biurokracji opowiedzieli mi przy obiedzie bracia:

Pewien Alzatczyk trafił do piekła. Na wstępie odźwierny informuje go, że ponieważ przez całe życie jedną nogą był we Francji, a drugą w Niemczech, ma możliwość wyboru pomiędzy francuskim a niemieckim piekłem.

– A czym to się różni? – pyta.

– We francuskim codziennie rano dostajesz kawę z rogalikiem, siedzisz na rozgrzanych węglach, a przy każdym łyku diabeł dźga cię widłami. Natomiast w niemieckim, rano dostajesz frankfurterki i herbatę, siedzisz na rozgrzanych węglach, a przy każdym łyku diabeł dźga cię widłami.

– No to niewielka różnica.

– W zasadzie tak, ale osobiście radziłbym francuskie piekło.

– A to niby czemu?

– Bo wiesz, najpierw trzeba dostać przydział węgla, potem trzeba go rozpalić do czerwoności, następnie znaleźć gdzieś te widły, które bez przerwy się gubią. A jak już wreszcie to wszystko się załatwi, to i tak, koniec końców, średnio trzy dni w tygodniu jest strajk…

3 uwagi do wpisu “Makulatura

  1. Sama we Francji walczyłam z biurokracją tylko przez tydzień, ale mieszkający tam znajomi potwierdzają – znalazł się Ojciec w biurokratycznym piekle, Powodzenia! 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s