Adoptowany

Dziś domykam drugi tydzień, od kiedy tu przyjechałem. Jak się odnajduję? Powoli. Choć niby wszystko jakoś tam znane, podobne, typowe, to jednak czasem detale potrafią zaskoczyć. Trochę tak jak z wykrywaniem szpiega: nie ma co odpytywać go z historii, kultury, nazwisk – na pewno wszystko ma wykute na blachę. Podobno jednak warto spróbować z dziecięcymi rymowankami: „Wędrowali szewcy przez…”, „Budujemy mosty dla…”. Mam wrażenia, jakby codziennie ktoś od niechcenia rzucał taką rymowankę do dokończenia, a ja nie dość, że nie znam odpowiedzi, to nawet nie wiem, że o rymowankę chodzi.

Od początku nie opuszcza mnie poczucie bycia „adoptowanym” przez moich francuskich braci. Ten akt adopcji dopełnił się w ostatni piątek, kiedy przed obiadem odczytano list od prowincjała francuskiego z moją asygnatą do klasztoru Saint Jacques. Przestałem być gościem, a stałem się (formalnie: trzyletnim) domownikiem.

W prowincji francuskiej zachował się stary zwyczaj, że w czasie odczytywania asygnaty wykonuje się tzw. wenię. Dla niewtajemniczonych: chodzi o położenie się na ziemi, na prawym boku, twarzą do dołu. Niegdyś była to popularna postawa pokutna, ale w tym kontekście widać też jej drugi wymiar: posłuszeństwa. Akt pokuty w zakonie też stanowił wyraz posłuszeństwa – uznanie władzy przełożonych oraz zobaczenie swojego przewinienia jako szkody zadanej wspólnocie.

Dotychczas o wenii słyszałem jedynie z opowieści starszych braci. Teraz okazało się, że będę miał okazję poznać ją z autopsji. Ku zdziwieniu przeora powiedziałem, że Polacy są w tym względzie bardziej nowocześni od Francuzów, ale z chęcią wezmę korepetycje ze starodawnych  zakonnych zwyczajów. Moi bracia podeszli do tego niezwykle poważnie i wieczorem, w przeddzień asygnaty kilkakrotnie powtarzałem za jednym z nich postawę, aż udało mi się kilka razy pod rząd zdobyć dziesięć na dziesięć za styl.

O jednym tylko mi nie powiedzieli: że wenię wykonuje się tylko w trakcie odczytywania słów o posłuszeństwie przeorowi. Tymczasem na pierwsze słowa listu (a był on cokolwiek długi) padłem jak długi na ziemię, a potem czekałem, czekałem, czekałem… Efekt był dosłownie i w przenośni powalający. Bracia, zaskoczeni moją gorliwością, stwierdzili, że to był gest niezwykle budujący. Tak więc mocnym akcentem wszedłem do wspólnoty.

Od początku mogę liczyć na duże oparcie starszych ojców. Są niezwykle otwarci: wypytują, co mnie ciekawego spotkało w ciągu dnia, streszczają najnowsze informacje prasowe, tłumaczą niezrozumiałe dla mnie aluzje i zwyczaje. Są wrażliwi na to, żeby nie rozmawiać w obecności kogoś o rzeczach, z których nic nie rozumie. (Tak jakby chciało się mu dać do zrozumienia: „nie jesteś z nas”.) Jak ich podpytać, mogą godzinami opowiadać o swoim ciekawym życiu. Wielu z nich było wybitnymi naukowcami, uczestnikami wielkich debat teologicznych XX wieku, niektórzy obecni byli na soborze jako konsultorzy, potem angażowali się we wprowadzenie w czyn postanowień soborowych. Działali w wielkich organizacjach kościelnych, różnych papieskich radach, wyjeżdżali na misje, zakładali je, brali udział w wydarzeniach, o których co najwyżej mogłem poczytać w książkach do historii współczesnej Kościoła. Jednym słowem doświadczenie, z którego w jakiś sposób ograbił nas komunizm. Owszem, myśmy mierzyli się z innymi problemami. Gdy tutaj Kościół pytał o tę czy inną formułę istnienia, działania, u nas musiał walczyć o samo swoje przetrwanie. I zapewne, jak uczy św. Paweł, nie należy się tu porównywać: komu lepsza cząstka przypadła. Najlepsza należy zawsze do tego, który praktykuje miłość. A na nią jest miejsce w każdych warunkach życia. Ona też spaja Kościół pośród bardzo różnych doświadczeń.

Z tego bogatego doświadczenia Kościoła we Francji, które (przepraszam, św. Pawle!) wciąż pozostaje trochę dla mnie źródłem zazdrości i kompleksów, zdałem sobie sprawę wczoraj, podczas pogrzebu mojego współbrata, Bernarda Dupuy. Nie miałem już okazji poznać go za życia, ale musiał być człowiekiem wyjątkowym. Razem z o. Congarem uczestniczył w soborze watykańskim II, angażował się w ekumenizm oraz dialog z judaizmem. Przez blisko 40 lat był dyrektorem założonego już w 1927 roku (!) centrum studiów ekumenicznych Istina. Działał w różnych gremiach francuskich i międzynarodowych mających zbliżyć do siebie chrześcijan i żydów. Przyjaźnił się m.in z Emmanuelem Lévinasem. Nic więc dziwnego, że mnóstwo jego przyjaciół z tych różnych środowisk przybyło do klasztoru, aby go pożegnać.

Najlepszym sposobem, aby zbadać jakość jakiejś wspólnoty, jest zobaczyć, w jaki sposób traktuje się w niej najsłabszych. Tych, którzy na pierwszy rzut oka nie mogą nic dać w zamian. Od jakiegoś czasu odkrywam, że można dopisać do tego jeszcze jeden stopień – zmarłych. Oczywiście to przyjaźń bezbolesna – ten drugi już nic mi złego nie zrobi. A jednak…

A jednak czuję mocno, że to moje zaadoptowanie przez wspólnotę byłoby jakoś niepełne, gdybym ja nie zaadoptował również jej zmarłych. Tych, którzy tworzyli ją i, w tym sensie, w jakim wpływali na jej kształt i bogactwo, wciąż ją tworzą. Nie wspominając już o świętych obcowaniu! Wciąż jeszcze częściej bywam na pogrzebach ludzi, z którymi moje drogi zaledwie się skrzyżowały. Więcej znam ich z opowiadań, wspomnień, ostatnich chwil niż ze wspólnie przebytej drogi. Jednak właśnie przez ten akt miłości, jakim jest chociażby modlitwa nad ich ciałem, potwierdzam, że nie chodzi już tylko o epizod. Ich historia staje się częścią mojej historii. A dobro, które ze sobą nieśli, nie skończyło się. Zabieram je dalej, na mój etap sztafety.

3 uwagi do wpisu “Adoptowany

  1. Poruszające. Świadomość, że nie tylko żyjemy, ale w pewien sposób jesteśmy kontynuatorami dziejów onieśmiela. I buduje 🙂
    Serdeczności z Poznania, taki piastowski gród nad Wartą 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s