Gwiazda Neapolu

Są takie zapiski na marginesie, które warto uhonorować czerwonym kolorem. Ten do nich z pewnością należy. Wczoraj wieczorem pojechałem na koncert jednej z moich ulubionych śpiewaczek operowych, Joyce DiDonato.

Théâtre de Champs-Elysées znajduje się po drugiej stronie miasta, ale podróż zajęła około pół godziny. Większość – naziemną linią metra, szóstką, co zawsze jest ciekawym przeżyciem, gdyż przejeżdża się na wysokości okien mijanych domów, chcąc nie chcąc, okradając ich mieszkańców z intymności. Tu na balkonie ktoś kogoś strzyże, tam w kuchni ostatnie doprawianie kolacji, gdzie indziej dwoje wtulonych w siebie ludzi siedzi na kanapie. Trudno mi sobie wyobrazić, jak można tak mieszkać. Widać, kwestia przyzwyczajenia, a i zapewne niższego czynszu.

Przesiadam się do dziewiątki i tu już da się dojrzeć pojedyncze, galowo ubrane postaci. Przed teatrem tłum, pośród którego przemykają ludzie rozdający ulotki, a nawet całe broszury, i żebracy.

Bilet, 5 strefy, kupiłem parę dni wcześniej. Tak się cieszyłem, że go dostałem, że nie zależało mi na szczególnym miejscu. W końcu to nie balet czy opera, ale koncert. Tu jednak popełniłem błąd. Moje krzesło znajdowało się w głębi loży położonej na najwyższym piętrze, tzw. galerii. Już powyżej sceny, w dodatku 2 metry od krawędzi balkonu, tak że widać było kawałek bogato zdobionego sufitu. I tyle. Podejrzewam, że ten sufit stanowił jedyną różnicę pomiędzy miejscami z 6 strefy, gdzie widać było już tylko ścianę loży.

Próby znalezienia innego, wolnego miejsca, nie powiodły się. Sala była pełna, a bileterki bezkompromisowe. Wkrótce jednak przestało się to liczyć, bo w mojej loży szybko zawiązały się improwizowane znajomości. Wymieniliśmy kilka uwag wstępnych, potem komentowaliśmy kolejne arie i współdzielili radość i zachwyt wieczoru. Po przerwie państwo z pierwszego rzędu zaproponowali, żebym wsunął się z krzesłem pomiędzy nich, tak że ostatecznie tam, gdzie miały być 2 miejsca siedzieliśmy zbici w czwórkę, co chwila wstając, aby uczcić Divę z Kansas.

Za co tak lubię Joyce? Przede wszystkim za uśmiech i radość, które nie schodzą z jej twarzy. Rozpiętość głosu ma imponującą – choć mezzosopran, śpiewa też niektóre partie sopranu. Nie jest niewolnicą forte i delikatnym piano potrafi oddać niuanse arii. Do tego jest świetna aktorsko. Nie trzeba rozumieć języka, by poznać treść utworu. Z tego powodu nie wystarczyło jej słuchać – trzeba ją było zobaczyć.

Jeśli się z nią jeszcze nie spotkaliście, warto wyszukać paru jej nagrań na YouTube’ie. Niech za podsumowanie tych peanów posłuży anegdota o tym, jak kiedyś na premierze Cyrulika sewilskiego złamała nogę. Nie tylko nie przerwała przedstawienia, ale w kolejne dni występowała w nim – na wózku inwalidzkim. Kto kiedykolwiek złamał nogę, potrafi sobie „nie-wyobrazić”, jak można śpiewać koloratury w tym stanie.

Po koncercie oczywiście bisy, a następnie podpisywanie najnowszej płyty we Foyer. Była to też okazja, by zamienić z gwiazdą kilka słów i podziękować za radość i energię, której mi dodaje swoim śpiewem. Przy okazji dowiedziałem się, że jej 92-letni wujek jest jezuitą.

Nie muszę chyba dodawać, czyj głos towarzyszyć będzie mojemu blogowaniu przez kolejne dni. A żeby zostawić Wam jakąś namiastkę, link do L’amica ancor non tornaLe nozze di Lammermoor Carafy:

Jedna uwaga do wpisu “Gwiazda Neapolu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s