Na Uniwersytet!

Dominikanie przybyli do Paryża w 1217 roku. Dominik jasno określił cel tej obecności: bracia mieli wejść na rodzące się wówczas uniwersytety i uczynić z nich miejsce przeżywania i głoszenia wiary. Mieli być i uczniami, i nauczycielami: studiować to, co nowe, aby zrozumieć swoich słuchaczy i być w centrum zmieniającego się świata, poddawać to ewangelicznej refleksji i głosić. Pozwolić, aby nauka i wiara wzajemnie się inspirowały. I zasiać tę pasję najpierw w swoich kolegach-studentach, a dopiero później – uczniach.

Muszę przyznać, że zdążyłem przeżyć kawałek życia zakonnego, nim zadałem sobie pytanie, czy nie „odpuściliśmy” sobie tego konkretnego wezwania naszego założyciela. Dominikanie w Polsce w ostatnich dziesięcioleciach kojarzą się przede wszystkim z prężnie prowadzonym duszpasterstwem akademickim i młodzieżowym, dobrymi kazaniami, niestandardowymi pomysłami duszpasterskimi, pozytywną obecnością w mediach, czemu sprzyjać ma luźny (jeśli nie luzacki) sposób bycia i wypowiadania się. I niby czego tu się wstydzić? Opinie, nawet jeśli przesadzone, to jednak szczerze przez wielu naszych podopiecznych żywione, sprawiają że, gdzie jak gdzie, „u Dominikanów” ławki nie świecą pustkami. Mamy być z czego zadowoleni. I dobrze!

A mnie od paru lat, pośród błogiej satysfakcji niesłabnącej dominikańskiej mody, nachodzi pytanie: a co z powiększającymi się coraz bardziej białymi plamami na mapie Kościoła? Każdy wiek ma swoje peryferia, swoje obce ziemie, swoje pytania i żale. Czy jednak potrzeba dominikańskiej obecności na uniwersytetach nie stała się znowu aktualna? Czy nasze duszpasterstwa nie są oazami, miejscami schronienia; z jednej strony „zresetowania się”, ale z drugiej – duchowego i intelektualnego doładowania się młodych chrześcijan, zanim powrócą na szkolne/uczelniane pola bitwy? Może i tak ma być. Jako zakonnicy mamy wspierać ich, aby to oni: świadomie przeżywający swoją wiarę świeccy, świadczyli o niej swoim kolegom. Nasza misja ma na tym się kończyć: tylko i aż tyle. W końcu samo w sobie to już poważne zadanie. A dalej, po prostu, nie dotrzemy…

Nie mam na te pytania uniwersalnej odpowiedzi. I szczerze przyznam, że jej brak nie stanowi dla mnie problemu. Niepokoiłoby mnie natomiast, gdybyśmy ich sobie nie zadawali; żyli z rozbiegu.

A moja prywatna odpowiedź? W 2009 roku za zgodą, a potem i zachętą przełożonych zacząłem chodzić na zajęcia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po roku oficjalnie zapisałem się na studia z filozofii, które ukończyłem w 2013 roku. Kazań tam nie głosiłem, zapewne też najwięcej czasu przegadałem z tymi, którzy i tak do kościoła chodzili. Ale było też trochę rozmów ponad granicami (wydział filozoficzny takim sprzyja). Czy były jakieś nawrócenia? Nie wiem. Jeśli tak, to Bóg miłosiernie strzeże mojej pokory.

Czego nauczyło mnie to doświadczenie?

  • po trzykroć słuchania, zanim otworzę usta;
  • że zrozumienie jest wielokrotnie cenniejszą zdobyczą niż ocena,
  • a zmiana zdania nie jest automatyczną konsekwencją przedstawienia spójnej argumentacji;
  • że małe gesty życzliwości (chciałoby się powiedzieć szumnie: człowieczeństwa) zbliżają nieraz bardziej niż wspólne poglądy;
  • w końcu, że czasem najmniej poważane przez nas słowa, wydarzenia, sprawy są tymi, w których Bóg przez nas i dla nas działa.

Za codę tych refleksji niech posłuży małe uzupełnienie. Moje odkrycie uniwersyteckiego wezwania dominikanów związane jest z udziałem w pewnej konferencji, zorganizowanej kilka lat temu w Paryżu – „Dominikanie – powołanie uniwersyteckie”. Do dzisiaj pozostaje dla mnie czymś nieprawdopodobnym, jak pewnego listopadowego dnia czterech polskich braci studentów, pojawiło się na poważnej, międzynarodowej imprezie. Nie mniej zdziwieni byli chyba organizatorzy, bo ze względu na strajki duża część tych wyczekiwanych gości nie dotarła. Byliśmy za to my – nikomu nie znani, zagubieni i w języku, i w kontekście nic nie mówiących nam sławnych nazwisk. Przyjął nas wówczas niesłychanie życzliwy człowiek. Zwolnił nas z wpisowego i pokrył koszta pobytu w klasztorze. Przez cały pobyt, mimo obowiązków organizatora, dyskretnie czuwał nad nami. I nie zapomniał tej obecności. Skąd to wiem? Cóż, to był Gilles Berceville, mój obecny przeor.

3 uwagi do wpisu “Na Uniwersytet!

  1. „w końcu, że czasem najmniej poważane przez nas słowa, wydarzenia, sprawy są tymi, w których Bóg przez nas i dla nas działa” – nieustannie zachwycająca i zaskakująca prawda 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s